Janina Słomińska

 Świeccy konsekrowani Kim są? Co winni wnosić w życie społeczne?



      Świeccy konsekrowani, to ważny element wspólnoty Kościoła. Kim są? Jaka jest ich rola w społeczeństwie? Pani Janina SŁOMIŃSKA nie tylko odpowiada na te pytania, ale poprzez przytoczone liczne świadectwa bogato ilustruje swoją wypowiedź. A może we wspólnotach powierzonych naszej duszpasterskiej trosce żyją osoby, którym trzeba pomóc odkryć właśnie takie powołanie w Kościele?

Treść
1. Świeccy konsekrowani.
2. Rola instytutu w życiu świeckiego konsekrowanego.
3. Życie codzienne.
4. Być prorokiem we współczesnym świecie.


 "Czy członkowie instytutów świeckich – czyli ludzie świeccy konsekrowani – powinni podejmować ryzyko związane z zaangażowaniem w rzeczywistość świecką?" Było to jedno z pytań międzynarodowej ankiety przeprowadzonej również w Polsce wśród osób należących do instytutów. Niektórzy odpowiadali krótko: "Po to są!", inni uzasadniali swoje zdanie: "Myślę, że do tego jesteśmy powołani. Jest to sens naszego, ukrytego życia w świecie. Jezus przyszedł na ziemię i założył Kościół. Nie izolował go. Nie chciał, aby był tylko dla wybranych, dla świętych, ale dla wszystkich. Chciał, aby każdy człowiek poznał Boga i zaczął żyć Jego rzeczywistością. Nikogo nie przekreślił, dał szansę każdemu. A przecież my mamy Go naśladować, żyć Jego życiem. Mamy współczesnemu człowiekowi pokazywać, że Bóg jest Miłością. Często ten człowiek czuje się samotny, nie kochany, nie zna Boga, nie doświadczył Jego miłości. A wszystko dlatego, że w jego życiu zabrakło ludzi, którzy obdarzyliby go przyjaźnią. Dlatego naszym powołaniem jest takich ludzi odnaleźć, otoczyć ich troską i miłością. To świadectwo nie będzie łatwe. Często może się ograniczyć do bycia z nimi. Jezus przeze mnie chce okazać swoją miłość. Dlatego nie powinniśmy się izolować, zamykać na sprawy tego świata, ale uczyć się słuchać drugiego człowieka, przyjmować go takim, jaki jest, uczestnicząc w Jego życiu" (Katechetka, lat 28, poza pracą zawodową zajmuje się alkoholikami).

1. Świeccy konsekrowani

 Świeckość konsekrowana polega na nierozdzielnym połączeniu trzech elementów: konsekracji, świeckości i apostolstwa. Konsekracja to bezwarunkowe pójście za Chrystusem wyrażające się życiem według rad ewangelicznych, potwierdzone ślubami. Konsekracja członka instytutu świeckiego ma taki sam wymiar jak konsekracja zakonna: prowadzi do tego, aby wzrastać w miłości, oddając "siebie i wszystko swoje" (se et omnia sua) Bogu. Realizowana jest jednak w zupełnie innych warunkach niż w zakonie. Świecki konsekrowany "nie idzie" do świata, ale w nim "jest". Chce w nim pozostać, bo wie, że Bóg go tu postawił, aby przez swoją pracę i obecność wśród ludzi przybliżał świat do Niego. Świeckość to w pierwszym rzędzie wewnętrzna postawa wobec rzeczywistości ziemskich i ich relacji do Boga – Stwórcy i Zbawiciela. Postawa ta przejawia się na zewnątrz w konkretach codziennego, świeckiego życia, którego rytm jest podobny do rytmu życia innych chrześcijan. Więcej w nim tylko zwykle miejsca na bezpośredni kontakt z Bogiem (codzienna Msza święta, modlitwa wewnętrzna, brewiarz...). Świeckie życie konsekrowane to życie w diasporze: każdy jest sam, działa w swoim imieniu i daje świadectwo swojej wiary. Ktoś trafnie zauważył, że instytuty świeckie to formacja partyzancka, a nie skoncentrowane siły bojowe, to formacja, gdzie każdy sam jest odpowiedzialny za swoje działanie.
 Świeckość i konsekracja to elementy, które w życiu członka instytutu nawzajem się przenikają. To świeckość uświęcona, skierowana ku Bogu i konsekracja wyrażająca się przez świeckość. Życie świeckiej osoby konsekrowanej nie jest więc składanką złożoną z różnych fragmentów przynależnych bądź do świeckości, bądź do konsekracji, ale jednością.
 Takie połączenie tych dwóch elementów wydaje się niektórym ludziom niemożliwe. W ich pojęciu świeckość, jeśli nawet nie ma charakteru negatywnego, to w każdym razie nie ma nic wspólnego z życiem religijnym. Tymczasem gdy na to spojrzymy z punktu widzenia posoborowej teologii, to zobaczymy, że sprawa przedstawia się inaczej. Paweł VI podkreślał, że Kościół ma "autentyczny wymiar świecki należący do jego natury i misji, jego korzenie tkwią w tajemnicy Słowa Wcielonego", a zwracając się do odpowiedzialnych generalnych instytutów świeckich, mówił: "Świeckość oznacza wasze włączenie się w świat (...). Być w świecie, to angażować się w wartości świeckie. Taki jest wasz sposób życia Kościołem i uobecniania Kościoła w świecie (...). Warunki i sytuacje waszego życia stają się waszą rzeczywistością teologiczną, waszą drogą zbawienia i świadczenia o zbawieniu".
 H. Urs von Balthasar pisał, że połączenie świeckości i konsekracji może się wydawać czymś paradoksalnym, ale przecież każdy chrześcijanin jest wezwany do tego, aby być "w świecie, ale nie ze świata" i aby tak "używać świata, jakby go nie używając". Według niego instytuty świeckie, jeszcze przed soborowym otwarciem się Kościoła na świat, postawiły sobie za cel podjąć w swoim życiu ten paradoks chrześcijaństwa. Wszak sam Bóg w Chrystusie zaangażował się w świat, a Kościół ma kontynuować Jego dzieło.
 Podsumowując można powiedzieć, że świecki konsekrowany jest w jakimś sensie jeszcze "bardziej świecki" niż inni świeccy. Jego postawa to świadomy wybór potwierdzony konsekracją, a nie poddanie się biegowi rzeczy. "Konsekracja sprawia, że lubimy to, czym jesteśmy" – mówią członkowie instytutów.
 Podczas II Światowego Kongresu Instytutów Świeckich w 1976 r. Paweł VI nazwał instytuty ""laboratorium eksperymentalnym", w którym Kościół weryfikuje konkretne sposoby układania swoich stosunków ze światem". Myślę, że pełnienie tej funkcji wymaga: 1 ) aby członkowie instytutów byli zanurzeni w świecie – w świecie codziennych spraw ludzkich, w świecie kultury, nauki, gospodarki, polityki; 2 ) aby byli zakorzenieni w Kościele i pogłębiali swoją więź z Bogiem; 3 ) aby mieli odpowiednią formację – biblijną, teologiczną, duchową, ogólnoludzką, społeczną; 4 ) aby mieli oparcie w życiu braterskim w instytucie.

2. Rola instytutu w życiu świeckiego konsekrowanego

 W dniach 26-27 sierpnia 1995 r. odbyło się w Rzymie seminarium poświęcone problemowi świeckości konsekrowanej, zorganizowane przez Światową Konferencję Instytutów Świeckich. W grupach roboczych omawiano różne kwestie. Jeden blok pytań dotyczył tego, w jakiej mierze i w jaki sposób instytuty pomagają swoim członkom, aby żyć świeckością, żyć konsekracją, łączyć jedno z drugim. Dzielenie się przemyśleniami i doświadczeniami ukazało różnorakie aspekty tej pomocy.
 Instytut stwarza szanse wielostronnego i ciągłego rozwoju. Formacja w instytucie, zarówno początkowa, na pierwszych etapach, jak i później – po profesji wieczystej – formacja permanentna, pomaga do osobistej refleksji, ożywia, zapobiega "sklerozie" duchowej, intelektualnej, społecznej.
 Instytut mobilizuje też do rozwoju zawodowego, do stałego powiększania swojej wiedzy i umiejętności zawodowych. Człowiek zaangażowany w świecie musi wykonywać swoją pracę w sposób kompetentny. Podnoszenie kwalifikacji wymaga jednak dostrzeżenia szerszych perspektyw, wysiłku, a nierzadko zmiany zewnętrznych warunków. Inspiracja, pomoc ze strony instytutu jest tu sprawą niesłychanie ważną.
 Instytut pobudza do włącznia się w różne struktury świeckie i religijne. Życie społeczeństwa i życie Kościoła rozgrywa się na wielu płaszczyznach; trzeba, aby świeccy konsekrowani tam byli. Udział w różnych instytucjach, stowarzyszeniach, ruchach jest wyrazem ich powołania.
 Jednocześnie warto zaznaczyć różnicę między przynależnością do instytutu i do innych grup. W różnych organizacjach, grupach jest się przez jakiś okres czasu. Natomiast w instytucie jest się "zawsze" i "na zawsze".
 Życie braterskie w instytucie, wzajemne zaufanie, przyjaźń łącząca członków, dzielenie się zarówno tym, co niesie codzienność, jak i problemy natury ogólnej – wszystko to poszerza horyzonty, pomaga, a często podtrzymuje w trudnych sytuacjach. Postawa i działalność apostolska znajdują inspirację i weryfikację we wspólnocie. Współne rozeznawanie ułatwia każdemu znalezienie właściwej drogi, pozwala też odkryć znaki czasu, przez które Duch Święty ukazuje nowe kierunki rozwoju całego instytutu. Bardzo cenna jest wymiana poglądów i doświadczeń – w atmosferze rodzinnej – między młodymi a starszymi. Ci ostatni mają możność poznania mental ności i dążeń młodych, a ci z kolei mogą czerpać ze wzorów i doświadczeń starszego pokolenia. Zachodzi tu proces wzajemnego pobudzania się do jak najpełniejszej realizacji własnego powołania.
 Ilustracją tej wymiany braterskiej może być list młodej, 28–letniej dziewczyny ze Świeckiego Instytutu Dominikańskiego do osoby starszej od niej o prawie 40 lat z tego samego instytutu: "Biorąc do ręki widelec, zorientowałam się, że dostałam go od Ciebie. Od razu moje myśli pobiegły do Warszawy. Podziwiam Cię za Twoją pracę, za ten trud, który tak nieodłącznie dźwigasz. Zawsze powiadasz, że czujesz się dobrze i wszystko w porządku. Ale ja dopiero niedawno uświadomiłam sobie, ile to "dobrze" musi Ciebie kosztować. Dzięki Bogu, że lubisz to, co robisz, ale i dzięki Ci, że robisz to właśnie tak. "Wy", ludzie "stamtąd". Znowu napisałam "wy" a nie "my"! Z podziwem patrzę na was, myśląc, jaką wiarę i jaką nadzieję musicie mieć, by żyć tak, jak żyjecie. Moje życie jest zawsze "obok", to dziwne, bo przecież powinnam żyć jego pełnią. To niesamowite, jak bardzo boję się świata, boję się ludzi. Tak zewnętrznie wchodzę w sam jego środek, a może i w najbrudniejsze strony: alkohol, narkomania, zabójstwa – to świat moich podopiecznych. Źle powiedziałam – ja nie wchodzę zewnętrznie, ale bardzo głęboko, czasem nawet "jestem" w tym wszystkim. Jaki paradoks! Boję się ludzi "normalnych". Ale kto jest dzisiaj normalny? Czy ci "porządni", jakże zakłamani i obłudni, ale porządni, czy ci z marginesu, skazani na nędzę i odrzucenie, a jakże prości i uczciwi w swych uczuciach. Tyle radości mi dają, tyle bólu. Ostatnio powiedział mi jeden, że uczę go Boga, a on będzie uczyć mnie kochać świat. Niesamowite, ale to prawda. To on umie zachwycać się księżycem, podczas gdy ja go nie zauważam. To on potrafi spokojnie wytłumaczyć nędzę człowieka, gdy ja krzykiem skazuję go na bezradność. A ostatnio, mój Boże, ile cudów! Nawrócenie w Licheniu jednego z nich i w konsekwencji rozbicie związku niesakramentalnego. Mój Boże, jak ja się nimi zachwycam! Pewnie się uśmiechniesz, ale zaczynam się fascynować człowiekiem.
 A moja szkoła. Sama rozpacz. Trzy ósme klasy po dwie godziny. Ale mi dają popalić! Ostatnio przeszłam samą siebie – wyrzuciłam z klasy wstawiając nieobecność. Co będzie dalej? Czy starczy siły? A za to moje ubiegłoroczne (obecnie trzecie klasy) – tak cudowne, że sama słodycz. I tak wszystko się przeplata. Ale jest do wytrzymania na razie. A proboszcz (...) znowu wszystko oddaje w moje ręce. Hospitacje zaczął u mnie (na wtorek umówił się razem z całą świtą katechetów) (...). Dzisiaj umówiłam się z Bożenką (nadal ma bóle po operacji), może trochę popracujemy razem, bo ona twierdzi, że nie mam dla niej czasu, a dla wszystkich innych to mam. Pewnie tak jest. Jakby tego za mało, to chcą mnie wybrać na przewodniczącą koła parafialnego Stowarzyszenia Rodzin Katolickich. (...) Nie wiem, co robić. Z drugiej strony nikt nie chce i to jest najgorsze. Jutro wybory. Pewnie zostanę. "Przez ile dróg musi przejść każdy z nas po to, by człowiekiem się stać".
 A już najtrudniej z moim Bogiem. Chyba najbardziej Go ranię. Tak mało Mu ufam, tak często odchodzę i ciągle Go zagłuszam.
 Opisałam Ci stan mojej duszy, wybacz, że Cię zanudzałam, to wszystko przez ten widelec. Ale myślę, że mimo wszystko to On mnie kocha i może tu cała radość. A lęk mojej duszy jest pewnie moją właściwością (...)".
 Członkowie instytutów świeckich żyją w świecie dzieląc z otaczającymi ludźmi warunki ich egzystencji. To, co ich wewnętrznie odróżnia od innych chrześcijan, to dar powołania do konsekracji wyrażającej się życiem według rad ewangelicznych. Przez ten dar nie stają się automatycznie lepsi od pozostałych ochrzczonych. Realizacja ślubów pomaga im jednak do radykalizmu ewangelicznego. To coś, co "niesie" tych ludzi w ich bardzo trudnym, samotnym życiu. Ogromne znaczenie ma dla nich udział w sakramentach (m.in. w codziennej Mszy świętej) i modlitwa. Są to chwile nakierowujące na Boga, łączące z Kościołem, ze światem i łączące członków ze sobą. Warto odwołać się do konkretnego świadectwa.
 Biolog, lat 51: "We wspólnocie życia konsekrowanego odnajduję środki do realizacji moich chrześcijańskich powinności. (...) Życie wynikające z profesji rad ewangelicznych (posłuszeństwa, ubóstwa, czystości) stanowi czynnik mobilizujący mnie do: 1 ) głoszenia prawdy o Królestwie Bożym i dawania świadectwa życiem o przyjętej przeze mnie nauce Chrystusa, 2 ) rozwijania i wykorzystywania otrzymanych od Pana Boga uzdolnień dla kształtowania społeczności kościoła i świata, a także realizowania misji Kościoła w świecie, 3 ) współodpowiedzialności za tworzenie jedności Kościoła poprzez kształtowanie u siebie i innych postawy ekumenicznej i tolerancji, 4 ) odpowiedzialności za siebie i innych – kształtowanie właściwych relacji międzyludzkich opartych na miłości braterskiej, 5 ) włączanie się w różne formy życia społecznego, politycznego, gospodarczego i kulturalnego, aby przyczyniać się do rozwoju sprawiedliwości, odpowiedzialności, solidarności, 6 ) wyzwalania inicjatyw w środowiskach, z którymi się stykam w codziennym życiu, sprzyjających rozwojowi bezwzględnego dobra doczesnego i przyszłego.
 Od chwili wejścia we wspólnotę instytutu następuje w moim życiu stałe, stopniowe "przestawianie zwrotnic", odwracanie się od siebie i jednoznaczne ukierunkowanie ku Bogu, porządkowanie wszystkich aspektów życia. Praagnienie całkowitego oddania się do dyspozycji Panu Bogu w duchu służby, próby rozpoznawania Jego woli i posłuszeństwa w sytuacjach życia codziennego oraz w perspektywie przyszłości wymagają ode mnie: nieustannego trwania na modlitwie (dziękczynienia, uwielbienia, wstawiennictwa) i rozwijanie ducha modlitwy; nieustannej pracy nad sobą, przekraczanie własnego egoizmu i ciasnoty; studiowania i rozważania Pisma Świętego; rozwoju duchowej więzi ze wspólnotą; wspierania wspólnoty modlitwą, obecnością i działaniem; współodpowiedzialności za wspólnotę (jej wzrastanie liczebne, rozwój duchowy, a także za problemy życia codziennego). Wspólnota życia konsekrowanego zobowiązuje mnie również do apostolstwa w świecie, w myśl dominikańsiej zasady contemplata aliis tradere. To apostolstwo nie może być tylko werbalne. Aby było efektywne, musi być poparte świedectwem życia. (...) Wprowadzanie w życie tych wszystkich wymagań jest trudne i żmudne. Mam jednak przeświadczenie, że wspólnota wspiera mnie nieustannie w moich zmaganiach, a Pan Bóg prowadzi".

3. Życie codzienne

 Członkowie instytutów świeckich najczęściej mieszkają sami lub – zwłaszcza w warunkach polskich – z rodzicami. Ich codzienne życie, tak jak życie każdego człowieka świeckiego, zależy od wielu uwarunkowań. Dlatego nie ma jednego modelu. Są jednak pewne cechy charakterystyczne. Należy do nich na pewno rytm modlitwy oraz wielość i głębokość różnych zaangażowań. Postawa służby i brak własnej rodziny sprzyjają dyspozycyjności. Świeccy konsekrowani nie mają czasu, żeby się nudzić. Oto kilka wypowiedzi dotyczących m.in. życia codziennego.
 Pedagog, lat 72: "Stabilizacja pracy zawodowej (po próbie w trzech różnych miejscach) na dalszych 25 lat, pozwoliła ściślej zintegrować wszystkie dziedziny zaangażowania: religijne, zawodowe, społeczne, obywatelskie i rodzinne tak, że stanowiły spójną całość bez napięć i niepokojów. Wypracowałam sobie mniej więcej stały porządek dnia w kilku wersjach. A oto przykład jednej z tych wersji: Ranne wstawanie tak, jak wymagała tego sytuacja, żeby przed wyjściem z domu zmieścić się, bez pośpiechu, z modlitwą brewiarzową (godzina czytań i jutrznia). Po drodze do pracy Msza święta. W drodze powrotnej adoracja Najświętszego Sakramentu 15-30 minut w jakimś kościele. W Krakowie nietrudno, gdyż jest wiele kościołów na trasie. Dalsze części modlitwy brewiarzowej w przedstawianej wersji powinnam zmieścić się z nieszporami włącznie do godz. 19, a kompletą do 22. Oczywiście, że zdarzały się sytuacje nieprzewidziane i odchylenia w czasie były nawet dość duże, ale wypracowane ramy stałego porządku pomagały wracać i zachowywać wierność nie tylko w intencjach, ale i w faktycznej realizacji. Bywały też i dłuższe okresy zaburzeń tego porządku (służbowe wyjazdy, brak kościoła na miejscu i niemożność dojścia na czas do bardziej oddalonego, stałe towarzystwo ludzi niewtajemniczonych, choroba, pobyt w szpitalu, goście w domu, różne nieprzewidziane sytuacje rodzinne), wówczas korzystałam z innej wersji, a gdy i ta była nieprzydatna, z całą swobodą i spokojem korzystałam z dyspensy. Uzyskanie dyspensy zawsze było możliwe, albo przewidująco, po uprzednim uzgodnieniu, albo przez poddanie do akceptacji, po fakcie. To wymagało rzetelnego i otwartego stosunku do odpowiedzialnych, w duchu wiary i wzajemnego zaufania. Praca zawodowa w realiach życia konsekrowanego jest pojmowana jako służba i świadectwo zarazem oraz jako szczególna forma misji apostolskiej, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Solidność, rzetelność, punktualność, stałe podnoszenie kwalifikacji, wzrost kompetencji i radość służenia, to elementy świadectwa. Ukazywanie ludziom możliwości wcielania w życie zasad Ewangelii przez ludzi świeckich w sposób zwyczajny i twórczy zarazem, a przy tym dyskretny wymaga stałego czuwania, aby być w prawdzie. Nie ma tu miejsca na żadne pozory i brak autentyzmu. Towarzysząca tej pracy nad sobą stała formacja, sprzyja wzrostowi odpowiedzialności. Osobistej odpowiedzialności za całokształt życia i dar konsekracji. Ukończywszy 65 lat życia przeszłam na pełną emeryturę (przez ostatnich 5 lat pracowałam na pół etatu). W wymiarze finansowym, w r. 1990 była to suma 448000 zł, obecnie – 390 zł. Podaję to jako ciekawostkę. Wszystkie inne wymiary pozostały prawie nienaruszone. Nadal służba i bycie z Bogiem i ludźmi. Zmieniły się tylko okoliczności. Trochę się zmienił rodzaj pracy – wzrosło zapotrzebowanie na wykorzystanie wcześniej nabytych umiejętności oraz późniejszych doświadczeń. Istnieje wiele okazji do dzielenia się jednym i drugim. (...) Nieznana mi wcześniej forma życia konsekrowanego od pierwszego z nią spotkania była więc dla mnie darem. Dawała mi nieocenione poczucie pewności, że to jest moja droga. Zyskałam na tej drodze wzbogacenie życia wewnętrznego, modlitwy. Codzienna Eucharystia, liturgia godzin, dni skupienia, rekolekcje, rozmowy, bycie razem we wspólnocie stawało się umocnieniem i wsparciem we wszystkich trudach późniejszego życia, codziennej pracy i niespodziankach losu. Celibat i ubóstwo były jakoś w założeniu, w samych początkach świadomego, samodzielnego życia. Posłuszeństwa uczę się każdego dnia od nowa i wciąż go nie umiem, choć im dłużej się uczę, tym więcej rozumiem (parafrazując wiersz J. Lieberta). To rozumienie przychodzi przez doświadczenie i odpowiedzialność. Doświadczenie odpowiedzialności za posłuszeństwo innych osób związane ze sprawowanym przeze mnie urzędem w ramach instytutu jest niezwykłym wzbogaceniem pojęcia posłuszeństwa, trudno przekazywalnym, choć tak bardzo reaalnym, że myślę o nim z bojaźnią. Właściwie dopiero doświad czenie tej odpowiedzialności pozwala zrozumieć szanse i zagrożenia ślubu posłuszeństwa, co nie jest łatwe w warunkach świeckiego modelu życia. W związku z tym myślę, że funkcje odpowiedzialnych nie powinny, bez wyraźnej konieczności, pozostawać w tych samych rękach dłużej, niż przez jedną kadencję. Częstsza rotacja zwiększyłaby możliwości wzbogacenia wielu osób we wspólnocie o te doświadczena, jakich nabywa się przy pełnieniu funkcji. A czym jest dla mnie wspólnota? Ktoś z nas kiedyś zażartował, że nam jest tak dobrze w naszej wspólnocie, bo się nie tylko kochamy, ale my się też trochę lubimy. Jest w tym coś istotnego. My się naprawdę lubimy. Jest więc wspólnota tym, czym być powinna – jak powietrze dla płuc, jak pokarm dla ciała".
 Artysta plastyk, lat 51: "Moje miejsce w Kościele wyznacza Świecki Instytut Dominikański. Śluby, w których zobowiązuję się do życia radami ewangelicznymi, ogarniają moje życie codzienne, pracę, kontakty z ludźmi, a nade wszystko otwierają mnie na Pana Boga. Katolicki Telefon Zaufania to jednocześnie bycie w Kościele i w świecie. W Kościele – ponieważ ten telefon reprezentuje chrześcijański światopogląd, a w świecie – ponieważ przy słuchawce spotykam się z bardzo wielkimi nieszczęściami, tragediami, wręcz nędzami ludzkimi. Słucham, rozmawiamy.
 Praca: Uprawiam tkaninę o tematyce religijnej. Nie chodziło o realizowanie zamówień do kościołów. Zamierzałem jedynie tworzyć w tym duchu, by choć trochę przeciwstawić się tendencjom materialistycznym, gdzie wszystkie wysiłki artystyczne krążą wokół natury materii, tylko materii. A przecież materia powinna być na służbie ducha. Dalej – mój sposób pracy. Oprócz wszystkich czynności zewnętrznych związanych z pracownią, moim pragnieniem jest, by nie zapominać o obecności Boga w każdej chwili. Ilekroć pytam Pana, co mam teraz robić, wszystko się porządkuje jakby samo. Gdy zapominam, ogarnia mnie i całą pracownię chaos.
 Kontakt z parafią: Msza święta, często wspólny różaniec, kilkakrotny udział w wieczorach Duszpasterstwa Akademickiego na temat sztuki, piękna. Unikam szerszego zaangażowania, ponieważ boję się połowiczności. Nie starcza mi czasu na więcej.
 Świat: Jestem w Związku Polskich Artystów Plastyków. Spotykam się z poniektórymi artystami. Uczestniczę w plenerach plastycznych i wystawach. (...) Ogarniam modlitwą wszystkich ludzi, z którymi się spotykam, Kościół, kapłanów, wszystkie sprawy wpływające do mojej świadomości ze świata. Myślę, że musimy nieustannie utrzymywać duchową aktywność wobec dziejących się wydarzeń w Polsce, w świecie, w naszym najbliższym otoczeniu i przekazywać je Panu Bogu, błagając Ojca o miłosierdzie. Bardzo ważne, byśmy reagowali na pilne potrzeby materialne ludzi, z którymi spotykamy się bezpośrednio. Na potrzeby duchowe".
 Pracownik naukowy, lat 67: "Mieszkam sama. Wynikająca stąd niezależność ułatwia taką organizację czasu, jakiej wymagają różne tereny i płaszczyzny mojego działania. Z okien widać kościół stojący po drugiej stronie ulicy. Mam do niego dwie minuty drogi. To też ułatwienie. Jeżeli nie mam pilnych zajęć rano, idę na Mszę świętą na godz. 8, a przedtem odmawiam brewiarz (przynajmniej jutrznię) i pół godziny staram się poświęcić na modlitwę wewnętrzną. Taki początek dnia jest optymalny, ale nie zawsze możliwy. Dość często muszę iść do kościoła wcześniej i wtedy jest problem, gdzie w nagromadzeniu zajęć znaleźć czas na modlitwę prywatną. Z liturgią godzin jest łatwiej, choć zdarza się, że modlitwę w ciągu dnia odmawiam późno, razem z nieszporami. Pismo Święte czytam zwykle już po komplecie, przed położeniem się spać.
 Każdy dzień jest inny, bo każdy wymaga innego typu działań i innych proporcji czasu w ramach trzech moich podstawowych zaangażowań: praca zawodowa, działalność społeczna, instytut. Praca zawodowa to przede wszystkim wykłady, seminaria, prowadzenie prac dyplomowych, konsultacje, regularne wyjazdy. Lubię pracę dydaktyczną, mimo że pochłania dużo czasu i na własną pracę naukową zostaje mi go niewiele. Działalność społeczna to udział w różnych organizacjach, komisjach, radach itp. Poza dwoma stowarzyszeniami naukowymi, reszta – w tej chwili pięć – to instytucje związane z życiem Kościoła. Czynny udział wymaga nie tylko obecności na kilkugodzinnych zebraniach (które n.b. czasem zachodzą na siebie), ale współtworzenia koncepcji, przygotowania materiałów, redagowania tekstów. Osobnym działem pracy społecznej jest prowadzenie spotkań i wygłaszanie konferencji w różnych ośrodkach i na różne tematy (najczęściej z zakresu problemtyki wychowawczej i religijnej).
 W ostatnich latach w centrum moich myśli i działań znalazł się instytut. Mam bardzo wyraźną świadomość, że nie tylko jestem w nim, ale – w jakimś sensie – jestem dla niego. Rzutuje to oczywiście na moje codzienne życie: zwielokrotnione osobiste i telefoniczne kontakty z członkami instytutu (czasem z kandydatkami), opracowywanie i tłumaczenie różnych materiałów, prelekcje dotyczące życia konsekrowanego w świecie, artykuły na ten temat, wyjazdy zagraniczne i związana z nimi korespondencja, kontakty z Krajową Konferencją Instytutów Świeckich – wszystko to musi się obecnie zmieścić w programie zajęć.
 Bywają dni, że jak wyjadę rano z domu, to wracam późnym wieczorem, a są też takie, że prawie cały czas siedzę przy biurku poprawiając prace studentów lub opracowując jakiś tekst.
 Fakt działania w trzech wymienionych dziedzinach (praca zawodowa, zaangażowanie społeczne, instytut) i związany z nim kontakt z różnymi środowiskami pozwala na przenoszenie wiedzy i doświadczeń z jednego terenu na inne. Jest to bardzo cenne.
 Pozostaje jeszcze odpowiedzieć na pytanie: Na co mi brak czasu? Otóż nie mam czasu na tzw. życie towarzyskie, życie kulturalne i dom. Można by powiedzieć, że to niedobrze. Ale z drugiej strony trzeba mieć świadomość, że taka jest natura czasu – jest ograniczony. I człowiek musi dokonywać wyborów".
 Psycholog, lat 68: "Przez 25 lat pracowałam w Zakładzie Leczniczo-Wychowawczym dla chłopców nerwicowych. Mieszkałam w małym pokoiku na terenie Zakładu. Chodziłam codziennie na Mszę świętą na godz. 630 do kościoła, który był w mieście (3 km od Zakładu). Droga była piękna, szczególnie gdy wschodzące słońce odbijało się w falach Bugu. W zimie trzeba było się przedzierać przez zaspy śniegu, by dotrzeć do kościoła, który był tak zimny, że woda święcona była całkiem zamarznięta. Nie przypominam sobie jednak, bym się kiedyś z tego powodu zaziębiła.
 W pracy starałam się nawiązać bliski kontakt z chłopcami. Pochodzili przeważnie z rodzin rozbitych i bardzo potrzebowali serca. Od 1958 r., kiedy na jakiś czas wróciło prawdziwe harcerstwo, zaczęłam prowadzić drużynę harcerską. Ta forma pracy z młodzieżą bardzo mi odpowiadała (...). Myślę, że chłopcy mieli do mnie zaufanie. Jeden z moich harcerzy napisał kiedyś: "Umiała nas druhna zawsze wysłuchać do końca". W okresie wakacyjnym organizowałam obozy stałe i wędrowne rowerowe – z namiotami. Rano, zanim się chłopcy obudzili, mogłam odmówić oficjum, a jadąc na rowerze po pieczywo, być na Mszy świętej. Wieczorem (nieraz już przy latarce) mówiłam nieszpory i kompletę.
 W 1977 r. musiałam wrócić do Warszawy ze względu na stan zdrowia mojej matki. Po 25 latach pracy przeniosłam się do położonego bliżej Warszawy sanatorium dla młodzieży nerwowo i psychicznie chorej. Przez parę lat pracowałam jako wychowawczyni na oddziale dla młodzieży nerwowo chorej, a zarazem uczyłam języka francuskiego w LO przy sanatorium. Teraz jestem na emeryturze, ale jeszcze nadal uczę języka jeżdżąc dwa razy w tygodniu do naszego sanatoryjnego LO.
 W dniu pracy wstaję o 530, aby przed wyjazdem odmówić godzinę czytań, jutrznię i być na Mszy świętej. Po południu, po powrocie z pracy, przygotowuję i zjadam obiad z dziewczyną, która – od śmierci mojej matki – mieszka ze mną w jednym pokoju. Poznałam ją przed 12 laty. Była wtedy narkomanką, od 10 lat brała mocne narkotyki. Prawie 6 lat trwało wychodzenie z nałogu. Od 5 lat już nie bierze (pomogła jej w walce z tym nałogiem częsta spowiedź i Komunia święta). Pracuje ciężko, więc po powrocie z pracy musi trochę wypocząć. Niekiedy prosi, by wyjść z nią na spacer. Czasem chce obejrzeć jakiś program w telewizji (mogę ten czas wykorzystać na cerowanie i inne naprawy, chyba że mnie samą wciągnie program). W niektóre dni przychodzą dzieci moich przyjaciół lub dawnych wychowanków, by im pomóc w nauce języka. Czasem przychodzą dawni wychowankowie, albo też trzeba zajrzeć do któregoś, który ma większe problemy psychiczne (niezareagowanie w odpowiednim momencie może skończyć się tragicznie – samobójstwem). W dni wolne od pracy dojeżdżam do naszego Domu, gdzie jest dużo roboty w ogrodzie, a ja jestem dość silna, mogę i lubię tę pracę. Można przy niej spokojnie pośpiewać lub pomodlić się. Kiedy praca jest dłuższa i bardziej żmudna, dzielę ją sobie na odcinki i każdy ofiarowuję za kogo innego (tyle jest osób, za które warto i trzeba się modlić, że czasem zabraknie "odcinków"). Raz w tygodniu mam spotkanie instruktorów, którzy poracują w Nieprzetartym Szlaku (drużyny harcerskie w Zakładach dla dzieci upośledzonych umysłowo, dla dzieci głuchych, niewidomych, w sanatorich i domach dziecka).
 Staram się w ciągu dnia znaleźć czas na modlitwę myślną, odmówienie modlitwy dnia i nieszporów. Całkiem wieczorem odmawiam kompletę i po niej czytam lekcję i ewangelię z dnia następnego. Kiedy trudno mi się skupić w czasie modlitwy myślnej, ratuję się piosenką, która powstała na tonącym Titanicu. Mówi o wierze, nadziei i miłości. (...) W moim poczuciu ciągle czas mi się jeszcze "rozchodzi" i wciąż muszę się starać, by go nie zmarnować".

4. Być prorokiem we współczesnym świecie

 Współczesny świat pełen jest niepokoju, lęku, frustracji. Strach przed śmiercią, przed bólem, przed niepowodzeniem i przed różnymi innymi formami codziennego umierania prowadzi do strachu przed życiem, paraliżuje człowieka, niszczy go. W Polsce wyraźnie widać jak długi okres panowania systemu komunistycznego, a po jego upadku niespełnione, bo nierealne oczekiwania stały się, obok ogólnoświatowych trendów, żródłem wielu negatywnych postaw. Są to postawy zarówno wobec otaczającej rzeczywistości politycznej, gospodarczej, społecznej, jak i postawy wobec otaczających ludzi. Dużą część społeczeństwa polskiego cechuje dziś pesymizm, rozczarowanie, apatia, obojętność, bierność połączona często z postawą roszczeniową. Dochodzi do tego nastawienie konsumpcyjne, indywidualizm, kierowanie się emocjami, brak samodzielnego myślenia, relatywizm a nade wszystko nieumiejętność korzystania z wolności. W stosunkach międzyludzkich tak często brak szacunku dla godności drugiego człowieka, dla jego inności, brak życzliwości, zaufania, tyle instrumentalnego podejścia a nawet agresji i tak powszechna nieumiejętność dialogu.
 W tym zagmatwanym świecie idei, postaw i zachowań każdy chrześcijanin ma być prorokiem. Zdanie to szczególnie świadomie muszą podjąć świeccy konsekrowani. Apostolstwo jest przecież – obok konsekracji i świeckości – integralnym elementem ich powołania, jest w jakimś sensie racją ich formy życia. Co robi prorok? Prorok głosi prawdę, świadczy o wartościach, ukazuje szersze, Boże perspektywy, przeciwstawia się postawom płynącym z małoduszności, prowokuje do zmiany życia. Prorok potrafi ukazać, że można przezwyciężć strach, a nawet go wykorzystać: strach nie musi nas obezwładniać, może nas mobilizować do przeciwstawienia się złu, może też nam otwierać oczy na inne wymiary rzeczywistości, na wartości, których wybór przynosi wolność. W dzisiejszej konkretnej rzeczywistości misja proroka polega przede wszystkim na tym, aby swoją postawą, zachowaniem, słowem uświadamiać ludziom, co znaczy być chrześcijaninem i co z tego wynika w praktyce. Ma pomagać ochrzczonym w zrozumieniu daru chrztu i wyzbyciu się zarówno kompleksów, jak i postawy triumfalizmu. Ma być apostołem nadziei, przezwyciężać pesymizm, niezadowolenie, narzekania, bierność. Ma pozytywnie świadczyć o wartościach przeciwstawiając się w ten sposób relatywizmowi, złemu korzystaniu z wolności, materializmowi praktycznemu. Ma więc wprowadzać tam, gdzie agresja – pokój, gdzie egoizm – miłość, gdzie krętactwo – uczciwość. Ma pobudzać do samodzielności myślenia, do umiejętności wyboru. Ma wspomagać rozwój postawy odpowiedzialności każdego za siebie, za sprawy społeczne, za Kościół. Aby tak oddziaływać, musi być człowiekiem dialogu. Zakłada to szacunek dla drugiego człowieka, chęć zrozumienia jego motywacji, szukanie tego, co łączy. W społeczeństwie skażonym obojętnością i wzajemną niechęcią musi pełnić funkcję spoiwa.
 Wyzwań rzucanych przez świat chrześcijanom jest wiele i są bardzo różnorodne. Znając sytuację we własnym środowisku, każdy winien szukać sposobów dotarcia do ludzi z orędziem Ewangelii. Świecki konsekrowany ma tu duże szanse. Jego sposób życia jest znakiem zapytania dla ludzi i jednocześnie świadectwem, że można żyć Ewangelią na co dzień.