Ks. Leopold Regner

 Rządca Diecezji

      Wspomnienie ks. Leopolda REGNERA w prosty i barwny sposób przybliża postać arcybiskupa Leona Wałęgi, który w latach 1901-1933 kierował Diecezją Tarnowską. Nie jest to kronikarski zapis. Osobowość biskupa kreślona jest przy pomocy jego relacji z ludźmi, poprzez ukazanie jego zatroskania o sprawę formacji kandydatów do kapłaństwa oraz jego stosunku do ruchu chłopskiego. Wspomnienie jest okazją dotknięcia życia Diecezji w tamtym okresie w jego konkrecie.

Treść
1. Biskup Wałęga jako człowiek
2. Biskup Wałęga jako rządca diecezji
3. Trudności i niepowodzenia


 Pisząc o człowieku, od którego woli zależały wielkie i liczne sprawy, można popaść albo w tę skrajność, iż się przemilcza lub pomniejsza zalety i zasługi, przejaskrawia natomiast wady lub błędy, albo w przeciwną, iż się przemilcza wady lub błędy, uwydatnia natomiast przesadnie zalety lub zasługi. Trzeba by jednak być obdarzonym wiedzą jakąś wręcz nadludzką, aby wyważyć bilans zalet i wad czy też zasług i błędów, i wykazać, o ile przeważały te lub tamte.
 Dlatego, patrząc na sprawy już z pewnego oddalenia, jakim jest okres ponad pięćdziesięciu lat, sąd - nawet nie obciążony uprzedzeniami - o człowieku, jakim był biskup Leon Wałęga, i w szczególności o jego działalności w ciągu przeszło trzydziestu lat jego biskupstwa w Tarnowie, będzie tylko mniej lub więcej przybliżony do prawdy.

1. Biskup Wałęga jako człowiek

 Inaczej przedstawiał się tym, którzy znali go tylko z daleka, gdy celebrował przy ołtarzu lub gdy przechodził pieszo albo przejeżdżał powozem ulicami miasta, inaczej natomiast tym, którzy mieli sposobność zetknąć się z nim osobiście.
 Bp Wałęga był mężczyzną pokaźnego wzrostu, mocno zbudowanym, o ruchach powolnych, ociężałych. Jego twarz szeroka, o rysach jakby rozmytych, pokryta była słabo widocznymi śladami ospy. Przy szerokiej - można powiedzieć ogromnej - twarzy jego czarne oczy wydawały się małe. Z twarzy i postaci bpa Wałęgi biła jakaś siła i moc, zwłaszcza gdy w największe uroczystości zjawiał się w katedrze ubrany w płaszcz rzymski, zwany cappa romana, z długim trenem, przy którym uwijał się wyznaczony ad caudam, najmniejszy wzrostem seminarzysta pierwszego roku; biskup kroczył ku ołtarzowi z dostojeństwem imperatora rzymskiego.
 Oglądany z daleka bp Wałęga wydawał się nieprzystępny czy wręcz odpychający. Inaczej było w zetknięciu osobistym. Wtedy bp Wałęga okazywał się bardzo ludzki, miły, przystępny i bardzo rozumny. Umiał prowadzić rozmowę w taki sposób, że budził zaufanie, zyskiwał serce.
 Syn chłopski, obdarzony trzeźwym, zdrowym rozsądkiem, nie znosił tego, co było sprzeczne z tym rozsądkiem. Dlatego nie cierpiał pozy, przesady, karierowiczostwa, patosu, napuszoności, nadskakiwania.
 Opowiadano mi, że jeszcze za czasów Habsburgów bp Wałęga brał udział w jednej z konferencji episkopatu krajów monarchii. W przerwie konferencji biskupi urządzili przejażdżkę statkiem po Dunaju. W czasie tej przejażdżki jeden z biskupów zauważył: "Jaka ogromna byłaby szkoda dla Kościoła, gdyby ten statek uległ wypadkowi i wszyscy biskupi zatonęli!" Na to bp Wałęga swoim grubym głosem sprowadził rzecz do właściwego wymiaru: "Jeszcze większa byłaby szkoda, gdyby zatonęli wszyscy wikarzy monarchii".
 Gdy trzeba było, umiał rzeczy trudne i zawiłe wyjaśnić w sposób prosty, tak jak w tej rozmowie z matką, gdy ona postawiła mu pytanie: "Dlaczego, synu, jest tak, że nie wszyscy młodzieńcy, którzy się zgłaszają do seminarium, dochodzą do święceń?" Biskup na to odpowiedział: "A czy jest tak, że gdy gospodyni nasadzi kwokę, to zawsze ze wszystkich jaj wychodzą kurczęta?"
 Bp Wałęga nie zdradzał zapału do nowości, o których użyteczności nie był przekonany. W latach międzywojennych taką nowością był ruch, który zmierzał do ożywienia czy wzbogacenia liturgii przez nawrót do łacińskiego chorału gregoriańskiego. Powoływano się na hasło: revertimini ad fontes(nawróćcie do źródeł), jakie Karol Wielki rzucił niegdyś nakazując, aby klasztory i duchowieństwo frankońskie przyswoiło sobie liturgię rzymską.
 Jednym z najgorliwszych koryfeuszów chorału gregoriańskiego był w naszej diecezji ks. Wojciech Orzech, kapłan klasztoru Sacré-Coeur w Zbylitowskiej Górze i profesor śpiewu w seminarium duchownym. Ks. Orzech zaczął nawet wydawać pismo Hosanna, którego zadaniem było przybliżenie chorału gregoriańskiego księżom, a może i katolikom świeckim. Gdy ks. Orzech przyszedł do bpa Wałęgi, aby mu wręczyć pierwszy numer pisma, którego był redaktorem, biskup odniósł się do całej sprawy bardzo chłodno. Przeglądnął pisemko i powiedział: "Zamiast Hosanna wolałbym tytuł Kyrie eleison". Patrząc trzeźwo, nie oczekiwał, że pielęgnowanie chorału przyczyni się do ożywienia ducha religijnego w szerszych kręgach społeczności katolickiej. Po latach Kościół odszedł nie tylko od chorału, ale nawet od języka łacińskiego w liturgii.
 Bp Wałęga nie wyzbył się chłopskiego przywiązania do ziemi, którą uważał nie tylko za podstawę wszelkiego działania ekonomicznego, ale również za jeden z ważnych warunków działalności Kościoła. Obawiał się, że Kościół, pozbawiony posiadłości ziemskich, utraci swoją niezależność i będzie krępowany w swej działalności. Księża powtarzali powiedzenie biskupa: "Na glinie nie zginie".
 W czasie Wielkich Ojców Kościoła wybierano najczęściej biskupów spośród możnych panów, nie tylko dlatego, że oni mieli dostateczne wykształcenie, ale i po to, aby oni z własnej kiesy utrzymywali świątynie, przychodzili z pomocą biednym, a nawet - bo czasy były niespokojne - zapewniali ludności ochronę przed złoczyńcami lub zakusami nieprzyjaciół.
 Można by się dopatrywać pewnego podobieństwa między stanem rzeczy u schyłku cesarstwa rzymskiego a stanem rzeczy w czasie i po pierwszej wojnie światowej. Dlatego bp Wałęga stanął przed podobnymi trudnościami, jak biskupi tamtych odległych czasów.
 Bp Wałęga zdawał sobie dobrze sprawę z tego, jaki był stan gospodarczy ludności i dlatego wiedział, że datki, które składali wierni na potrzeby Kościoła, są niewielkie i że wobec tego środków na utrzymanie, zwłaszcza seminarium duchownego, trzeba szukać gdzie indziej, a mianowicie przez należyte zagospodarowanie tych posiadłości, jakie po czasach józefinizmu jeszcze Kościołowi pozostały. Chyba to właśnie jego przekonanie, że majątek ziemski jest niezbędny dla prowadzenia misji Kościoła, było - nie jedyną zresztą i nie główną - przyczyną jego niechęci do ruchu ludowego, nawet tak umiarkowanego, jak w wypadku ks. Stojałowskiego i Witosa. Rozdrobnienie gospodarstw wiejskich, które - jako wynik rozmyślnej polityki władz austriackich wobec Galicji - były źródłem owej nędzy galicyjskiej, jaka się panoszyła zwłaszcza na wsi. Chłopi zazdrosnym okiem patrzyli na majątki dworskie i dobra kościelne, ruch zaś ludowy nie krył się ze swoim programem parcelacji, której miały być poddane również majątki kościelne.
 Wiadomo, że prace sejmów międzywojennych nad ustawą o parcelacji były podobne do uganiania się Achillesa za żółwiem i że do zrobienia tego ostatecznego kroku, którego Achillesowi - sejmowi - ciągle nie dostawało, nie mogły nakłonić ani patetyczne gromy, jak ten zanotowany w stenogramie Irzykowskiego: "To są cyniczne drwiny z głodu ziemi, żrącego dziś chłopstwo", ani dobrotliwe perswazje, jak ta: "Nadmierny majątek jest kulą u nogi duszy moralnej". Zarzutów cynizmu nikt nie brał do siebie, a "dusze moralne" dźwigały bez utyskiwania ten "kamień u nogi".
 Czynniki kościelne, a z nimi bp Wałęga, obawiały się również tego, że powstające coraz to nowe stronnictwa, które w rzeczy samej odnosiły się do kół kościelnych z nieufnością lub niechęcią, odwrócą masy ludowe od Kościoła. Trzeba było dopiero wspólnych doświadczeń, jakie przyniosła wojna i lata powojenne, aby z tej i z tamtej strony zrozumieć, że ponad interesami partykularnymi, które narzuca krótkowzroczność ludzka, są interesy wspólne, ponadczasowe, które stanowią o losie całego narodu, i to na długie dziesiątki czy setki lat.
 A gdy idzie o posiadłości kościelne, to ani bp Wałęga, ani żaden z jego księży nie mógł przewidzieć, że przyjdą czasy, kiedy gospodarstwo rolne stanie się bardzo ciężkim kamieniem u nogi, którego księża będą chcieli się pozbyć za wszelką cenę.
 Godzi się nie pominąć jednego rysu, który znamionował bpa Wałęgę, a mianowicie sentymentu i łaskawości dla ludzi prostych. W czasie swoich przechadzek na wsi lubił zatrzymywać się przy pracujących, aby z nimi zamienić parę słów. W związku z tym krążyły wśród księży anegdoty, w których prawda mieszała się zapewne ze zmyśleniem.
 Opowiadano więc, że raz biskup zatrzymał się przy wiekowym chłopie, który pasł krowy i wdał się z nim w rozmowę. Gdy rozmowa zeszła na zajęcie tego człowieka, ten powiedział: "Zacząłem w życiu od pasienia i teraz kończę na pasieniu". A biskup powiedział: "To i ja tak samo".
 Opowiadano, że kiedyś natknął się na wiejskiego pastuszka, biednego i zaniedbanego, jak to bywało dawniej. Biskup zatrzymał się przy nim, przepytał go katechizmu, a w końcu powiedział: "Zdejm teraz czapkę, to udzielę ci błogosławieństwa". Chłopczyna na to: "Jak co godnego, to i bez copke przeńdzie".
 Ks. Litwin wspominał o wizytacji w Gorlicach. Robotnicy z Glinika Mariampolskiego postanowili wziąć udział w powitaniu bpa Wałęgi. Ponieważ od zakończenia pracy do godziny powitania nie było na tyle czasu, aby mogli pójść do domów i przynajmniej się przebrać, przyszli na powitanie biskupa wprost z pracy w ubraniach roboczych. Biskup był wzruszony ujrzawszy gromadę robotników w roboczym odzieniu i pochwalił ich piękną postawę i wierność dla Kościoła.
 Z myślą o seminarium duchownym zwracał szczególną uwagę na tych, którzy po ukończeniu szkoły średniej stawali na rozdrożu życia. Zdarzyło się, że na początku wakacji roku 1918 bp Wałęga udał się na zwykłą przechadzkę do Parku Strzeleckiego w towarzystwie jednego z kanoników. Gdy szedł alejką, z naprzeciwka zbliżyło się ku niemu dwóch młodzieńców w kapelusikach na głowach i z laseczkami w rękach. Widać było, że to świeżo upieczeni maturzyści, bo w tamtych czasach każdy, kto ukończył szkołę średnią, musiał zmienić mundurek z paskami i czapkę w kształcie rondelka na garnitur i kapelusz. Uzupełnieniem tego stroju była obowiązkowo laseczka, która towarzyszyła chłopakowi przez lata uniwersyteckie. Ci dwaj chłopcy ukłonili się biskupowi zamaszyście i oddalili się, ale gdy jeden z nich oglądał się wstecz, zauważył, że biskup przystanął i przyglądał się im uważnie. Wtedy ten, który się oglądał, powiedział: "Adolf, biskup patrzy za tobą. Musisz się zgłosić do seminarium". Adolf na to: "Za tobą też patrzy. I ty musisz się zgłosić". Byli to późniejsi księża: Stanisław Kruczek (ten z Nawojowej) i Adolf Pacocha.
 Bp Wałęga znał dobrze wszystkich księży diecezji i odnosił się do nich z życzliwością i wyrozumiałością. Opowiadał mi ks. Stanisław Kruczek z Nawojowej, że gdy jeszcze był wikariuszem, przyjechał do swej rodzinnej miejscowości Trzemesnej. Przechodząc przez Łękawicę, spotkał bpa Wałęgę. Gdy się przywitał z biskupem, ten nawiązał z nim rozmowę, a w końcu zapytał: "A na probostwo się nie podajesz?" Ks. Kruczek powiedział: "Jużem się podawał, a teraz się podałem na Radomyśl". Na to biskup: "Radomyśla ci nie dam, bo tam jest ks. Curyło, który budował tam kościół i też się podaje. Więc jemu muszę dać. Ale będę o tobie pamiętał". Wnet potem ks. Kruczek otrzymał Nawojową.
 Zdarzyło się też raz, że któryś z księży - zapewne przez gadulstwo - opowiedział biskupowi, że ks. Puskarz, wtedy proboszcz w Straszęcinie, miał się wyrazić: "Mam dwa tysiące dolarów i biskupa nie potrzebuję się bać". Gdy potem biskup spotkał się z ks. Puskarzem, powiedział: "Mówił ksiądz, że ma dwa tysiące dolarów i biskupa już się nie boi". Na to ks. Puskarz: "A! Gdybym je miał, to kto wie, czy bym tak nie powiedział". Biskup roześmiał się i rozbrojony już więcej o tym nie mówił.
 Nie można pominąć tu jednego wydarzenia, które ukazuje bpa Wałęgę w osobliwie miłym świetle. O wydarzeniu tym opowiadał mi ks. Wawrzyniec Gnutek, który słyszał o nim z ust na pewno wiarygodnych. Rzecz zaś miała się następująco: Pewnego razu zaszła konieczność obsadzenia stanowiska katechety w jednej ze szkół średnich. Bp Wałęga nie mógł wśród księży znaleźć takiego, który by się nadawał na to stanowisko. W tej rozterce zeszedł do kanclerza szukać u niego rady. Ks. kanclerz, który już wcześniej upatrzył kandydata, nie chciał się zdradzić z tym, aby nie wzbudzić podejrzeń, że układa coś poza plecami biskupa. Udał przeto, że się namyśla, a po namyśle powiedział: "Nie wiem, kto by się tu nadawał". Po pewnym czasie jednak dodał: "Jest jeden ksiądz, który by się nadawał, ale on jest za młody, on za młody". A gdy biskup zapytał, kogo ma na myśli, kanclerz powtórzył: "Nie, nie. On jest za młody". Dopiero na usilne naleganie biskupa kanclerz powiedział: "Mam na myśli ks. Paciorka. Ale on jest za młody". Biskup usłyszawszy to wstał i poszedł do siebie. Na drugi dzień zeszedł znów do kanclerza i powiedział: "Niech ksiądz napisze nominację dla ks. Paciorka i przyniesie mi do podpisu". Tak ks. Jan Paciorek został katechetą I Gimnazjum w Tarnowie.
 Bp Wałęga dbał o swoją niezależność, nie chciał mieć wobec nikogo jakichkolwiek zobowiązań i dlatego pilnował zazdrośnie swojej niezależności w podejmowaniu postanowień. Zgodnie z zasadą Macieja Dobrzyńskiego: "Niechaj Pociej Macieja, a nie Maciej Pocieja ma za dobrodzieja", bp Wałęga nie przyjął od księży Filipinów tego domu, który pzrzylega do oratorium i w którym obecnie są jakieś urzędy. Nie przyjął również domu wypoczynkowego w Zakopanem, który ks. Walenty Gadowski chciał oddać dla diecezji tarnowskiej. Może w tym wypadku zaważyło i to, że ks. Gadowski obwarował darowiznę zastrzeżeniami, przy których "darowizna" traciła charakter darowizny, i to, że ten dom stracił na wartości z powodu uciążliwego sąsiedztwa wybudowanej wtedy rzeźni miejskiej.

2. Biskup Wałęga jako rządca diecezji

 W ciągu ponad trzydziestu lat rządów bp Wałęga uczynił wiele w diecezji tarnowskiej. Dzięki temu, że przez tyle lat dążył do osiągnięcia dwóch przede wszystkim celów, sprawił, że ludność diecezji tarnowskiej była i jest przywiązana do religii i Kościoła. Naczelnymi zaś celami jego pasterskiej troski było wychowanie księży i zapewnienie diecezji ciągłego dopływu młodych ludzi do seminarium duchownego. Między tymi dwoma sprawami zachodzi wzajemna zależność, gdyż bez dobrze przygotowanych księży nie można myśleć o pogłębieniu życia religijnego i świadomości katolickiej wśród ludu, a bez pogłębienia religijnego wśród ludu nie można się spodziewać dopływu coraz nowych ludzi do pracy apostolskiej.
 Za rządów bpa Wałęgi nie było w diecezji tarnowskiej znaczniejszych ośrodków miejskich; ludność zaś, która zamieszkiwała małe miasteczka, nie różniła się wiele od ludności wiejskiej. Wśród ludności wiejskiej, która stanowiła przeważającą większość mieszkańców, nie było właściwie szlachty zaściankowej, która w innych dzielnicach Polski zadzierała nosa i uważała się za coś lepszego od zwykłych chłopów. Dlatego diecezja tarnowska była i jest diecezją - można rzec - chłopską. Bp Wałęga zdawał sobie sprawę z tego faktu i dlatego chłopstwo było przedmiotem jego szczególnej troski duszpasterskiej. Chciał stworzyć warunki, które by umożliwiały czy ułatwiały młodzieży chłopskiej dostęp do szkół średnich, i tym samym zwiększyć dopływ młodych ludzi do seminarium duchownego. Temu miały służyć zakładane przez Kościół bursy dla młodzieży szkół średnich. Bp Wałęga troszczył się o utrzymanie burs już istniejących i zakładanie, gdzie to było potrzebne, nowych. W rocznikach Currendy spotykamy sprawozdania z działalności burs i wykazy składek i ofiar na ich utrzymanie. Przełożonymi burs byli zawsze księża, którzy jednocześnie nauczali religii w danym gimnazjum. Pracami gospodarczymi w bursach zajmowały się siostry zakonne, którym pomagały pracownice świeckie.
 Bursy zapewniały uczniom mieszkanie i wyżywienie. Opłaty, w gotówce lub naturze, były przystępne. Biedniejsi uczniowie korzystali z bursy bezpłatnie. Do utrzymania burs przyczyniali się księża proboszczowie, niektóre dwory i członkowie towarzystw, które patronowały bursom.
 Dzięki bursom wielu młodzieńców, którzy inaczej musieliby pozostać we wsi, ukończyło gimnazjum. Niektórzy z nich potem zgłaszali się do seminarium duchownego. Jednakże procent tych wychowanków, którzy później zgłaszli się do seminarium, był niewielki, a jeszcze mniejszy tych, którzy wreszcie zostawali księżmi. Zresztą nie było zadaniem burs wychowywać i przygotowywać kandydatów do stanu duchownego. To natomiast zadanie miało spełniać seminarium niższe, czyli jak się zwykło mówić - małe seminarium.
 Wnet po objęciu rządów w diecezji bp Wałęga założył małe seminarium. Chciał on, aby małe seminarium wychowywało elitę księży. Dlatego wymagał, aby wychowankowie małego seminarium uczęszczali do najlepszego gimnazjum, jakim było w Tarnowie I Gimnazjum. Było to gimnazjum typu klasycznego, w którym wymagano od uczniów wiele. I tu już wychowankowie małego seminarium stanowili elitę, gdyż bp Wałęga i prefekci małego seminarium czuwali, aby ich wychowankowie przykładali się pilnie do nauki. Uczniowie, którzy nie mogli czy nie chcieli podołać wymaganiom szkoły, musieli opuścić małe seminarium. Wobec tego w małym seminarium mogli pozostać tylko uczniowie bardzo zdolni lub bardzo pracowici. Gdy byłem w czwartej klasie gimnazjum dębickiego, miałem kolegę, który ukończył tę klasę celująco i po wakacjach wstąpił do małego seminarium. Po półroczu jednak musiał opuścić małe seminarium i wrócił do naszej klasy piątej. Przyczyną tego niepowodzenia były - jak mówił - trudności, na jakie się natknął ze strony jednego z profesorów, który - jakoby - go prześladował. Profesor ten uczył poprzednio w Dębicy i miał jakieś urazy do gimnazjum dębickiego i do uczniów tej szkoły. Kolega ten wrócił z małego seminarium jakby zupełnie inny, całkowicie załamany. Uczył się coraz gorzej, zaniedbywał się w nauce, opuszczał lekcje bez usprawiedliwienia i skończyło się na tym, że został usunięty przed ukończeniem klasy siódmej.
 Słabą stroną w wykształceniu wychowanków niższego seminarium była - jak mogłem zauważyć - mała znajomość literatury. Ich znajomość literatury ograniczała się do podręczników i lektur obowiązkowych, gdyż z jednej strony wobec wysokich wymagań szkoły na czytanie książek, które były poza programem, nie było wiele czasu, z drugiej strony bp Wałęga i przełożeni seminarium niższego krzywym okiem patrzyli na zbytnie zajmowanie się literaturą, w szczególności powieściową.
 Wśród wychowanków seminarium niższego było za moich czasów seminaryjnych kilku niezwykle zdolnych. Jeden kolega miał taką pamięć, że opanował pamięciowo cały - jak mówiono - schematyzm diecezjalny, a jeszcze jako uczeń gimnazjalny raz po raz zgłaszał profesorowi języka niemieckiego przerobione lektury, książki kilkusetstronicowe, które ten profesor widział dopiero po raz pierwszy w życiu. Inny nasz kolega znał obok łaciny, greki, niemieckiego i francuskiego - język włoski, później zaś - już jako ksiądz - opanował język angielski. Wśród starszych kolegów była grupa studentów, którzy na uroczystości św. Tomasza czy jakieś inne przygotowywali dysputy scholastyczne po łacinie. Jeżeli nawet przebieg tych dysput był wcześniej przygotowany i wytyczony, to jednak umiejętność, z jaką je przygotowywano, świadczyła o wielkiej bystrości umysłu u tych młodych ludzi.
 Seminarium niższe było oczkiem w głowie biskupa. Domy, w których to seminarium się mieściło, przylegały do domu biskupiego, który zwykło się nazywać pałacem, choć jak na pałac był on dość niepokaźny. Biskup przychodził często, aby zobaczyć, jak się chłopcy uczą lub co jedzą na wieczerzę. W czasie wolnym od zajęć biskup grywał niekiedy z chłopcami w szachy. Mając ciągle chłopców na oku, poznawał ich charakter, ich zalety i wady. Miewał również częste rozmowy z poszczególnymi chłopcami. Rozmowy te były czymś podobnym do psychoanalizy. Rozmowa zaczynała się od spraw powszednich, a gdy biskup zjednał sobie zaufanie chłopca, przechodził do pytań, które sięgały głębszych warstw duszy. Z odpowiedzi biskup urabiał sobie przekonanie o szczerości wypowiedzi chłopca i jego zaletach, wadach, trudnościach. Wnioski, jakie biskup Wałęga wysuwał z tych osobistych rozmów, stanowiły o pozostawieniu lub usuwaniu wychowanków seminarium niższego.
 Tak więc selekcja, która miała na względzie już to zdolności umysłowe, już to zalety lub wady etyczne, sprawiała, że procent tych, którzy opuszczali wyższe seminarium, był znacznie mniejszy wśród tych, którzy przeszli przez małe seminarium, niż wśród tych, którzy nie byli jego wychowankami. Tak na przykład z rocznika, który rozpoczął studia seminaryjne w r. 1930 i na którym grupa małoseminarzy stów stanowiła ponad jedną trzecią studentów tego rocznika, wystąpiło tylko dwóch małoseminarzystów: jeden z własnej woli w czasie pierwszego roku, drugi zaś również z własnej woli po drugim, podczas gdy z tych, którzy nie byli małoseminarzystami, odeszło już w ciągu pierwszego roku kilkunastu, i to w większości "za radą" przełożonych.
 Małoseminarzyści górowali nad pozostałymi kolegami pod wieloma względami. Przede wszystkim naginali się łatwiej do porządku seminaryjnego, bo wdrożeni do życia uporządkowanego przez przepisy, nie spotykali w seminarium wyższym tych trudności, które czyhały na innych. Po wtóre, wdrożeni do systematycznego odrabiania lekcji, wyposażeni w większy zasób wiedzy w zakresie tych przedmiotów, które w seminarium wyższym są najbardziej przydatne, łatwiej sobie przyswajali wiedzę, która była przedmiotem wykładów w seminarium. Wystarczy wspomnieć, że już na pierwszym roku były wykłady ontologii na podstawie podręcznika Sebastiana Reinstadlera Elementa philosophiae aristotelico-thomisticae. Te prawie 120 stronic nie było bagatelą dla tych, którzy się uczyli łaciny w Dębicy, Brzesku, Mielcu, Dąbrowie czy Grybowie. Przy egzaminie z tego przedmiotu można było odpowiadać po polsku, ale małoseminarzyści odpowiadali zwykle po łacinie, i to wcale poprawnie, za co otrzymywali lepsze noty, niż ci, których nie było stać, aby odpowiadać językiem św. Augustyna.
 Małoseminarzyści zadzierali wobec nas nosa - tak się nam przynajmniej wydawało - i cieszyli się pewnym uprzywilejowaniem, może nie tyle ze strony przełożonych seminarium, ile raczej ze strony władz diecezjalnych. Spośród nich najczęściej wybierano studentów lub księży, którzy byli wysyłani na studia zagraniczne. Wychowankowie małego seminarium bywali najczęściej wyznaczani na placówki w znaczniejszych miastach i większych parafiach, mieli też większą szansę otrzymania znaczniejszego probostwa, zwłaszcza miejskiego. Im też częściej powierzano stanowiska katechetów etatowych, zwłaszcza w szkołach średnich.
 Ten zaś stan rzeczy wynikał po części stąd, że wśród ludzi, którzy stali blisko biskupa i zajmowali kluczowe stanowiska kurialne, bywali zwykle dawni wychowankowie małego seminarium, którzy z urzędem kurialnym łączyli obowiązki prefektów małego seminarium. Patrząc na te sprawy bezstronnie i bez uprzedzeń, trzeba jednak powiedzieć, że wychowankowie małego semianrium stanowili i w czasie studiów seminaryjnych i w późniejszych latach pracy duszpasterskiej czynnik, który, bez ziarnka kadzidła, można nazwać "solą ziemi", choć dla wielu księży był on raczej solą w oku.
 Bp Wałęga nie mógł roztaczać nad seminarium wyższym takiej opieki, jaką roztaczał nad małym, gdyż seminarium wyższe było dość oddalone od domu biskupa. Nie znaczy to jednak, że o to seminarium mniej dbał. Zwłaszcza od czasu, gdy w r. 1920 rektorem seminarium mianował bpa Edwarda Komara, a wkrótce potem ojcem duchownym - ks. Jana Bochenka, mógł być spokojny, że w seminarium wszystko dzieje się po jego myśli.
 Studia w seminarium trwały najpierw cztery lata, później zaś - dla tych, którzy wstąpili do seminarium po r. 1920 - pięć lat. Program studium czteroletniego znalazł swój wyraz w nazwach, jakimi oznaczano poszczególne roczniki: na roku I głównym przedmiotem była teologia fundamentalna, stąd nazwa - "fundamentaliści"; na roku II teologia dogmatyczna, stąd - "dogmatyści"; na roku III teologia moralna, stąd - "moraliści"; na roku IV teologia pastoralna, stąd - "pastoraliści". Oprócz tych czterech przedmiotów były oczywiście również inne: filozofia, historia Kościoła, introdukcja do Pisma Św., liturgika, homiletyka, katechetyka, śpiew.
 Przejście od studium czteroletniego do pięcioletniego miało spełnić przynajmniej częściowo przepis kanonu 1365 KPK (z r.1917), który żądał, aby studia filozofii w seminariach duchownych trwały dwa lata, studia zaś teologii - cztery. Z przejściem od studium czteroletniego do pięcioletniego powinno by się wiązać rozszerzenie programu nauczania, zwłaszcza w zakresie filozofii. Tak jednak nie było, gdyż - przynajmniej za czasów bpa Wałęgi - zmiana polegała na tym, że to, czego uczono poprzednio w ciągu czterech lat, zostało rozłożone na pięć lat, gdyż ci sami profesorowie wykładali nadal te same przedmioty i zalecali te same podręczniki. Działało tu zapewne prawo bezwładności, które sprawia, że rzeczy biegną przez pewien czas dawnymi drogami, a w większym stopniu i ten wzgląd, że absolwenci z gimnazjów typu humanistycznego, zwłaszcza prywatnych, gdzie uczyli często nauczyciele z niepełnymi studiami lub bez dostatecznego doświadczenia pedagogicznego, mogli tylko z trudem podołać nauce w seminarium.
 Trzeba dodać, że przy studium czteroletnim student I roku słuchał wykładów z teologii fundamentalnej i z ontologii po łacinie i musiał przerobić podręczniki do tych przedmiotów w języku łacińskim. Były to podręczniki F. Eggera do teologii fundamentalnej i S. Reinstadlera do ontologii. Na II roku były wykłady z dogmatyki specjalnej po łacinie według podręcznika Eggera. Na III roku były wykłady z teologii moralnej według podręcznika Noldina, również po łacinie. Na IV roku były wykłady z teologii pastoralnej według podręcznika Noldina: De sacramentis - również po łacinie. Można powiedzieć, że w naszym seminarium panowała łacina i autorowie austriaccy.
 W studium pięcioletnim I rok był poświęcony przede wszystkim filozofii, którą wykładał ks. Stanisław Wróbel. Na filozofię składały się: logika (podręcznik Nuckowskiego), psychologia (czterotomowy podręcznik ks. Kazimierza Wajsa), z której ks. Wróbel wybierał wyłącznie zagadnienia tzw. psychologii racjonalnej oraz ontologia (podręcznik Reinstadlera). Była to więc filozofia w pastylkach.
 Z przedmiotów podstawowych na II roku studiów wykładano teologię fundamentalną (podręcznik Eggera) i podstawy teologii moralnej (podręcznik Noldina), na III i IV roku teologię dogmatyczną i teologię moralną (znów podręczniki Eggera i Noldina), na V roku o sakramentach (podręcznik Noldina). Teologię fundamentalną i dogmatyczną wykładał ks. Jan Bochenek, teologię moralną ks. Michał Rec.
 Bp Wałęga miał pewne uprzedzenie do księży, którzy żywili jakieś ambicje naukowe. Dlatego niechętnie odnosił się do tych, którzy ubiegali się o stopnie naukowe na uniwersytecie. Zdarzyło się więc, że ten i ów zdobywał doktorat ukradkiem, bez wiedzy biskupa. Tak uzyskał doktorat ks. Wawrzyniec Dudziak, a zapewne i inni. Biskup wysyłał księży lub studentów seminarium na studia zagraniczne do Rzymu lub do Innsbrucka, lecz mniej ich było niż potrzeba, a ci, którzy ukończyli te studia, nieprędko mogli się doczekać objęcia wykładów w seminarium. Tak więc nigdy nie doczekał się objęcia wykładów, choć bardzo tego pragnął, ks. Jędrzej Cierniak, którego przez długie lata trzymano na stanowisku katechety gimnazjum w Nowym Sączu, mimo że na innym stanowisku mógłby niewątpliwie wiele dobrego zrobić, podczas gdy w szkole średniej ani on nie umiał zrozumieć młodzieży ani młodzież jego.
 Z jakichś powodów zrzekł się wykładów w seminarium duchownym i zamieszkał w Bochni ks. Walenty Gadowski, jeden z najlepszych, a może wówczas najlepszy w Polsce znawca zagadnień katechetyki, autor wielu podręczników do nauki religii, założyciel i redaktor pierwszego w Polsce pisma poświęconego zagadnieniom katechetyki. Późno, bo dopiero za następcy bpa Wałęgi, doczekał się wykładów w seminarium ks. Józef Młodochowski, który jako katecheta gimnazjum w Tarnowie był bardzo lubiany przez młodzież, ale mógłby również z korzyścią dla studentów prowadzić jakieś wykłady w seminarium wyższym. W seminarium nie znaleźli też miejsca ks. Jan Wiślicki i ks. Piotr Stach, z których jeden był profesorem Katolickiego Uniwersytetu w Lublinie, drugi profesorem Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Również ks. Wawrzyniec Dudziak i ks. Stanisław Adamczyk objęli wykłady w seminarium dopiero za następcy bpa Wałęgi.
 Gdy byłem jeszcze w seminarium na I roku, nie mogłem zrozumieć tego, dlaczego zagadnienia, które były objęte nazwą "introdukcja do ksiąg Starego Przymierza", były omawiane bardzo szczegółowo i gruntownie, te natomiast, które dotyczyły ksiąg Nowego Przymierza, bardzo ogólnikowo i powierzchownie. Później dopiero zrozumiałem, że profesorem od introdukcji do ksiąg Starego Przymierza był znakomity znawca tego przedmiotu, ks. Tomasz Włoch, który był obeznany z najnowszymi, jakie były wówczas, wynikami badań i teoriami w tym zakresie, introdukcję natomiast do ksiąg Nowego Przymierza wykładał nam profesor, który nie był dostatecznie przygotowany. Trochę później miałem sposobność przekonać się, że ks. Włoch zaznajomił nas z zagadnieniami, o których słuchacze Wydziału Teologicznego w Krakowie nie słyszeli, my zaś o księgach Pisma Św. Nowego Testamentu wiedzieliśmy znacznie mniej niż słuchacze filologii greckiej z wykładów Tadeusza Sinki.
 Z profesorów, którzy wykładali w seminarium za czasów bpa Wałęgi i których znałem, na szczególną pamięć zasłużyli sobie wspomniany ks. Tomasz Włoch, który wykładał o księgach Starego Przymierza, ks. Michał Rec, który wykładał teologię moralną, ks. Stanisław Bulanda, kóry wykładał prawo kanoniczne, ks. Jan Bochenek, który wykładał teologię dogmatyczną. Oni przekazywali słuchaczom nie tylko gruntowną wiedzę, ale również - każdy na swój sposób - przykład chrześcijańskiej osobowości i wierności dla sprawy Bożej.
 Bp Wałęga sądził zapewne, że przeciętnemu księdzu, zatrudnionemu w parafii wiejskiej lub małomiasteczkowej, nie jest potrzebna zbyt szeroka wiedza teologiczna. Dlatego większą niż na sprawę nauki pasterz diecezji zwracał uwagę na sprawę wychowania. Biskup miał zapewne całkowite zaufanie do ówczesnego rektora, bpa Edwarda Komara, choć może miał zastrzeżenie do jego osobliwych metod wychowawczych. Jeszcze może większe zaufanie miał biskup do ks. Jana Bochenka jako ówczesnego ojca duchownego seminarium.
 Na początku lat trzydziestych było w seminarium czterech przełożonych: rektor, wicerektor, ojciec duchowny i prefekt. Wicerektorem był ks. Franciszek Goc, który zajmował się wyłącznie sprawami gospodarczymi. W sprawach tych był widocznie zapobiegliwy, gdyż wyżywienie było zdrowe i w ilości wystarczającej; pomieszczenia mieszkalne i uczelnie były w zimie należycie ogrzewane, służba męska dbała o porządek w budynku, służba żeńska pomagała siostrom zakonnym w pracach kuchennych i ogrodowych. Ks. Goc był człowiekiem wielkiej dobroci, lubianym przez wszystkich w seminarium. Od r. 1930 prefektem seminarium był ks. Władysław Węgiel. Do prefekta należał nadzór nad studentami, zwłaszcza w czasie silentium i na przechadzkach. Ojciec duchowny miał ten zwyczaj, że - o wiele częściej niż prefekt - zjawiał się w uczelni i często nie zauważony przez ślęczących nad książkami, obejmował okiem salę. Można przypuszczać, że spostrzeżenia, jakie ks. Bochenek wynosił z tych odwiedzin, stanowiły o tym, że ten lub ów otrzymywał w matrykule zapis valedixit. Nie wiem, dlaczego niektórzy mieli to ks. Bochenkowi za złe. Sądziłem i tak dalej sądzę, że przełożony ma nie tylko prawo, lecz ścisły obowiązek roztaczać nadzór nad wychowankami seminarium, gdyż nie ma innego sposobu, aby oddzielić plewy od ziarna i że zamiast wrogości czy niechęci odwiedziny przełożonego u podwładnych mogą i powinny zasiać uczucie przyjaźni i wzajemnej czci, jeżeli ten lub tamten na to zasługuje.
 Ks. Bochenek pełnił obowiązki ojca duchownego z wielkim oddaniem. Ogromnie pracowity i obdarzony niespożytym zdrowiem, był ciągle zajęty. Zastawało się go stojącego przy pulpicie, takim, jakie widujemy na średniowiecznych rycinach, przy których można czytać lub pisać tylko na stojąco. Ks. Jan zawsze coś czytał lub pisał. Oprócz konferencji dla wszystkich, które miewał raz czy dwa razy w tygodniu, miał przez cały rok osobne konferencje codzienne dla I roku. W tych właśnie konferencjach zapoznawał nas z zasadami ascezy, pouczał o sposobach zachowania się w różnych okolicznościach życia, o formach towarzyskich, o tym, komu, kiedy i jak należy składać wizyty grzecznościowe w czasie wakacji, nawet o zachowaniu przy stole w czasie posiłków w domu i w gościnie i o wielu innych sprawach. Codziennie rano i wieczorem w czasie modlitw był w konfesjonale. Po modlitwach wieczornych podawał nam codziennie temat rozmyślania na dzień następny i podawał "punkty" tego rozmyślania, co zajmowało czas niekiedy do dwudziestu minut.
 Bp Wałęga uważał za swój obowiązek zapoznać się z każdym kandydatem do seminarium. Po złożeniu podania w rektoracie seminarium duchownego każdy kandydat musiał zgłosić się na rozmowę z bpem Wałegą. Pamiętam ten słoneczny dzień przy końcu czerwca, kiedy po złożeniu podań w rektoracie, poszliśmy do kurii: Stanisław Żurek, późniejszy proboszcz w Olszynach, Czesław Przewoźnik, później zakonnik u pijarów, i ja. Bpa Wałęgi nie było, ale jakiś ksiądz powiedział nam, abyśmy zaczekali, gdyż biskup wnet wróci z Łękawicy. Rzeczywiście, wnet usłyszeliśmy człapanie koni i turkot powozu, który się zatrzymał przed bramą i zaraz wszedł biskup z jakimś księdzem. Przechodząc ogarnął nas przelotnym spojrzeniem i poszedł na górę. Po niedługim czasie znaleźliśmy się w poczekalni. Z każdym z nas rozmawiał osobno.
 Bp Wałęga przychodził od czasu do czasu do wyższego seminarium i wzywał studentów na rozmowy. Rozmowy te prowadził w mieszkaniu ojca duchownego, chodząc po ogromnym pokoju tam i z powrotem. Od tych rozmów zależało zapewne to, czy dany student zostawał w seminarium czy też odchodził. Bp Wałęga dzielił się swoimi opiniami o poszczególnych studentach z bpem Komarem i zapewne również z ojcem duchownym. Dla nich zaś opinia biskupa była niemal nieomylna.
 Nie pamiętam jednak, czy bp Wałęga przychodził na uroczystości czysto seminaryjne, takie jak inauguracja, akademia ku czci św. Ambrożego lub św. Tomasza, ani czy wygłaszał jakieś przemówienia lub konferencje do kleryków. Być może, iż w latach, kiedy nosił się już z myślą o rezygnacji z rządów w diecezji, nie miał dość sił, aby udzielać się wiele w wyższym seminarium.
 Zwierzchnik ma prawo i obowiązek czuwać nad działalnością tych, którzy z jego upoważnienia i w jego zastępstwie pełnią pewne zadania. O tym przypomniał biskupom Kodeks Prawa Kanonicznego Piusa X w kanonach 343 i 346. Za rządów bpa Wałęgi w latach po pierwszej wojnie światowej wizytacje biskupie były rzadkie. Pamiętam, że do r. 1930 biskup odwiedził dekanat dębicki tylko jeden raz. Wizytacje urządzano wówczas tylko w maju lub czerwcu, gdyż na wsi był to czas wolny od najpilniejszych prac polowych. Nie było mi dane być świadkiem wizytacji biskupiej i nie wiem, jak wyglądały powitania, pożegnania i parady, jakie towarzyszyły wizytacji. Udział uczniów gimnazjum w wizytacji ograniczył się tylko do tego, że przystąpili do Sakramentu Bierzmowania w kościele dębickim. Do parafii rodzinnych nas nie zwalniano.
 Od wizytacji biskupich nieodłączne były banderie, stroje ludowe dziewcząt, wieńce. W wielu jednak parafiach nastroje polityczne nie sprzyjały budzeniu się gorętszego entuzjazmu. Bp Wałęga umiał zresztą widzieć rzeczywistość taką, jaka ona jest, i odróżnić oficjalną paradę od szczerego wyrazu uczuć, jak to widać w zdarzeniu z wizytacji w Gorlicach. Wiedział, że za odświętnym blichtrem strojów, kwiatów, przemówień, kryje się codzienna rzeczywistość, w której można dojrzeć blaski i cienie życia religijnego parafii.
 Bp Wałęga pojmował wizytację biskupią jako wejście w życie parafii, jako przyjście tego, kto "przynosi dobra, przynosi pokój". Chciał więc nie tylko przyglądać się duszpasterzowaniu parafialnemu, lecz wziąć również w nim udział. Dlatego uważał za swój obowiązek na równi z innymi księżmi zasiadać w konfesjonale i godzinami spowiadać wiernych. W związku z tym opowiadano anegdotę. Zdarzyło się, że w kolejce do konfesjonału biskupa proboszcz zauważył chłopaka, którego znał jako umysłowo niedorozwiniętego. Podszedł do niego, aby go odciągnąć do innego spowiednika. Ale chłopak - uparciuch - nie dał się odciągnąć i powiedział: "Jo sie u byle kogo nie bede spowiadoł".
 Okiem i uchem biskupa w diecezji mieli być dziekani. Dziekanami bywali zwykle proboszczowie tych miast, które dawały nazwę dekanatowi. Wyjątkiem był dekanat Tarnowski Zamiejski, do którego należał wianuszek parafii wiejskich otaczających Tarnów. Dziekanem tego dekanatu nie był proboszcz, lecz profesor seminarium, ks. Tomasz Włoch, który sprawował ten urząd przez długie lata, bo jeszcze za rządów bpa Lisowskiego. Ks. Włoch cieszył się wielkim autorytetem, bo z jednej strony odznaczał się wielką szlachetnością i wyrozumiałością dla innych, z drugiej strony odwagą, niezależnością i pryncypialnością w poglądach i postępowaniu. Sprawy swego dekanatu załatwiał bez oczekiwania na rozstrzygnięcia kurii. Dlatego bp Wałęga mawiał: "Ja nic nie wiem, co się w tym dekanacie dzieje". Nie wiadomo jednak, czy tę wypowiedź trzeba było uważać za wyrzut, czy za uznanie dla ks. Włocha, czy też za jedno i drugie zarazem.
 Jednym z obowiązków dziekana było urządzanie kongregacji dekanalnych, które nakazywał Kodeks Prawa Kanonicznego w kanonach 131 i 148. Kongregacje te, połączone z odpowiednim nabożeństwem, miały służyć pogłębieniu wiedzy teologicznej i życia wewnętrznego. Ponieważ sposób urządzania tych kongregacji utrzymał się bez zmian aż do drugiej wojny, przeto mogłem się przekonać, że, gdy idzie o wiedzę teologiczną, dawały one bardzo niewiele. Było bowiem tak, że młodsi księża mieli na te kongregacje przygotować opracowania na temat wyznaczony przez kurię i w czasie kongregacji jeden z tych księży, którego wyznaczał dziekan, odczytywał swoje opracowanie. Tytuły tych opracowań można znaleźć w rocznikach Currendy. Opracowania te bywały zwykle krótkie, powierzchowne i nie zawierały niczego, co by dawało podstawę do rzeczowej dyskusji czy przemyśleń. Trudno byłoby zresztą oczekiwać, że młodsi księża parafialni wniosą do teologii lub duszpasterstwa coś nowego, skoro - w latach między wojnami - nie mieli łatwego dostępu do odpowiedniej literatury teologicznej, kaznodziejskiej czy duszpasterskiej. Na program kongregacji składały się również komunikaty i wyjaśnienia dotyczące rozporządzeń i zaleceń kurii diecezjalnej.
 Ubocznym, ale korzystnym następstwem kongregacji było ożywienie poczucia koleżeństwa i przyjaźni między księżmi, zwłaszcza gdy gospodarz był gościnny i nie wszystkim księżom było pilno zaraz po ukończeniu kongregacji wracać do domu. Kongregacja dekanalna znajdowała gościnę u coraz to innego proboszcza. Obowiązek przyjmowania uczestników kongregacji wypadał przeto raz na kilka lat.
 Znacznie większy wpływ na dokształcenie księży miały egzaminy, do których byli zobowiązani wszyscy księża w pierwszym, drugim i trzecim roku po święceniach. Księża, którzy zamierzali ubiegać się o stanowisko katechety w szkole, byli zobowiązani złożyć odpowiedni egzamin: uproszczony, gdy szło o stanowisko w szkole podstawowej; trudniejszy, gdy szło o stanowisko w szkole średniej. Ci, którzy zamierzali ubiegać się o probostwo pierwszej klasy, musieli najpierw złożyć tzw. egzamin konkursowy. Do tych wszystkich egzaminów trzeba się było dobrze przygotować, gdyż taryfy ulgowej nie przyznawano nikomu.
 Do zasług bpa Wałęgi trzeba zaliczyć Synod Diecezjalny w r. 1928. Wydane później drukiem statuty tego synodu świadczą dobrze o tych, którzy je opracowali. Dzięki jasnym, logicznym i zwięzłym sformułowaniom, których wzorem i natchnieniem był Kodeks Prawa Kanonicznego, statuty synodu były dla księży dobrym przewodnikiem, zarówno w kancelarii parafialnej, jak i w pracy duszpasterskiej.

3. Trudności i niepowodzenia

 Jak to było, jest i będzie na całym świecie, tak również bp Wałęga miał w swojej diecezji różne trudności. W czasie wizytacji mógł łatwo odróżnić parafie, w których życie religijne było bujne, od parafii, w których dusze były wyziębione. Wiadomo, że nawet gorliwość, która ucieka się do niewłaściwych środków, może zniechęcić i odstręczyć ludzi od Kościoła. Znałem takiego proboszcza, który - ponieważ przed wstąpieniem do seminarium służył w czasie pierwszej wojny w wojsku - chciał zmuszać parafian do posłuszeństwa dla przykazań Bożych i kościelnych sposobem kapralskim, lecz zamiast tego narobił sobie w parafii niemało wrogów. Inny nie był wprawdzie nigdy kapralem, ale miał widocznie podobne usposobienie austriacko-kapralskie, bo sobie poczynał podobnie, co mu przysporzyło u parafian niewiele uznania.
 Wiele kłopotu sprawiła bp. Wałędze sprawa ks. Marcina Farona. Ksiądz ten obdarzony ambicją, która znacznie przerastała jego zdolności umysłowe, zabiegał w każdej parafii, do której go przeznaczono, o tanią popularność. Przenoszony co kilka miesięcy znalazł się w r. 1922 w Nowym Wiśniczu. Tu wywołał coś w rodzaju rewolty przeciw miejscowemu proboszczowi i władzy diecezjalnej. Doszło do tego, że proboszcz ustąpił, natomiast ks. Faron - pilnowany przez rozhisteryzowane kobiety - nie chciał się podporządkować rozporządzeniu biskupa. Ustąpił wreszcie czy też został usunięty przez policję, przy asyście szwadronu konnicy z Tarnowa. Po pewnym czasie ksiądz ten, zamiast odbyć pokutę w Tuchowie, porzucił Kościół i przeszedł do tzw. kościoła narodowego. Nawiasem można dodać, że poeta Jan Brzękowski, który pochodził z Nowego Wiśnicza, uczynił ks. Farona jednym z "bohaterów" powieści Międzywojnie. Zresztą autor tej powieści miał dla swego "bohatera" zbyt wiele sympatii, a psychikę Farona i innych księży przedstawił w powieści schematycznie i nieprzekonywująco. Nic w tym dziwnego, skoro Brzękowski jako niewierzący nie był w stanie zrozumieć sposobu myślenia i przeżyć wewnętrznych człowieka wierzącego w ogóle, a księdza w szczególności.
 Z dystansu upływającego czasu można dostrzec, czy pewne poczynania były użyteczne, czy szkodliwe, gdyż dzisiaj można - z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem - wskazać następstwa minionych poczynań. Dlatego nie mamy prawa odnosić się z wyższością czy naganą do tych, którzy podejmując pewne działania, nie przewidzieli tego, czego nie mogli przewidzieć, ani do tych, którzy, wyrośli i wychowani w innych czasach, odnosili się z niechęcią i podejrzliwością do tego, co zagrażało temu porządkowi świata, jaki się im wydawać może nie najlepszy, ale w każdym razie bezpieczniejszy.
 Postawa duchowieństwa wobec ruchu ludowego wyglądała następująco. Od najdawniejszych czasów chłopi uchodzili za najniższą warstwę społeczną. U schyłku polski szlacheckiej nazywano ich włościanami, to jest ludźmi, którzy stanowili część włości, czyli posiadłości panów. Po zniesieniu pańszczyzny masy tych, których dopiero zaczynano uczyć, że mają prawo nie tylko do własności, ale i do równości, nazywano "ludem". Wreszcie, gdy lud uświadomił sobie swoją ważność w życiu społecznym, przyjęła się nazwa chłopi, bo już dawno zapomniano, że nazwa "chłop" oznaczała niegdyś niewolnika; ci natomiast, którzy czytali Wyspiańskiego, Reymonta i Orkana dowiadywali się, że "chłop potęgą jest i basta".
 Bp Wałęga, obejmując rządy w diecezji tarnowskiej, zastał z jednej strony budzący się na wsi ruch ludowy, a w miastach socjalistyczny, z drugiej zaś próby niektórych księży, aby już to położyć tamę skrajnym tendencjom społecznym, już to przyłączyć się do ruchu ludowego i uchronić go od skrajności i wrogości wobec Kościoła, już to nawet godzić się bez zastrzeżeń na jakiś program mniej lub więcej radykalny. Niektórzy księża występowali mniej lub więcej gwałtownie przeciw ruchowi ludowemu. Nasilenie tego ruchu było w różnych parafiach czy wsiach różne. Jeszcze w ostatnich latach przed wojną miałem możność zauważyć, że w parafiach sąsiadujących ze Zgórskiem ruch ludowy był bardzo ożywiony i nawet bojowy, podczas gdy we wsiach parafii zgórskiej był prawie niewidoczny.
 Księża, którzy sprzyjali ruchowi ludowemu, okazywali to niekiedy jawnie. Przykładem - chyba rzadkim - był ks. Aleksander Siemieński, proboszcz w Szynwałdzie, który udzielał gościny ks. Stanisławowi Stojałowskiemu i darzył przyjaźnią Wincentego Witosa. Ks. Stojałowski, który był zresztą działaczem ludowym o nastawieniu umiarkowanym, musiał zwykle w czasie swoich wędrówek korzystać z gościny w domach chłopskich. Opowiadał mi bp Obłąk, wtedy ordynariusz diecezji warmińskiej, że ks. Stojałowski zatrzymywał się w Borzęcinie w domu jego dziadka. Ks. Stojałowski nie pochodził z naszej diecezji. Tarnowskim natomiast kapłanem był ks. Michał Żyguliński, niezrównany trybun ludowy. Nie poprzestawał na przemówieniach wiecowych, w których - zdaje się - nie gardził chwytami demagogicznymi, lecz obok działalności politycznej rozwijał działalność filantropijną. Jego zasługą była m.in. budowa domków dla ubogich robotników w Tarnowie przu ul. ks. P. Skargi. Jako poseł do sejmu galicyjskiego ks. Żyguliński przyłączył się do Klubu Polskiego Stronnictwa Ludowego. Gdy był już posłem do parlamentu wiedeńskiego, został w r. 1910 wybrany marszałkiem powiatu tarnowskiego. Z głową napełnioną pomysłami i zamierzeniami zabrał się do ich urzeczywistnienia mając na oku podniesienie gospodarcze i kulturalne wsi. W tym jednak przeszkodziła mu przedwczesna śmierć.
 Witos, który - jako przeciwnik ks. Żygulińskiego - wytykał mu w swoich przemówieniach wady, takie jak posuwająca się do arogancji pewność siebie, lekceważenie przeciwników, kupowanie głosów (tzw. "kiełbasa wyborcza", zwyczaj przyjęty wówczas powszechnie), nie ukrywał jednak uznania, zresztą oględnego, dla energii i zasług tego nietuzinkowego księdza.
 W ostatnich latach przed pierwszą wojną światową dochodziło w diecezji naszej do coraz większych zadrażnień i napięć między przedstawicielami Kościoła a przywódcami Stronnictwa Ludowego. Ten stan rzeczy niepokoił i martwił abpa Bilczewskiego i namiestnika Galicji Korytowskiego. Zaaranżowane przez Korytowskiego spotkanie Witosa i Bojki z biskupem tarnowskim dnia 12 czerwca 1914 r. nie tylko nie doprowadziło do zgody, lecz jeszcze pogorszyło sprawę.
 Trzeba bowiem wiedzieć, że wśród ludzi, którzy kształtowali oblicze ruchu ludowego, było wielu wyznawców światopoglądu materialistycznego, najczęściej materializmu mechanistycznego, który bardziej przemawiał do wyobraźni niż do umysłu, a tym samym nastawionych do religii obojętnie lub wrogo. Zwłaszcza ludzie, którzy studiowali nauki przyrodnicze, medycynę, filozofię lub choćby liznęli to i owo z tych nauk, dochodzili często do agnostycyzmu, obojętności religijnej lub ateizmu. Oni to jeszcze w pierwszych dziesiątkach obecnego stulecia zaszczepiali swoje poglądy w umysły młodzieży szkół średnich, a przez książki i prasę oddziaływali nawet na wieś. Pamiętam, że w latach dwudziestych natknąłem się na książki z biblioteki gminnej w Paszczynie, takie jak Renana Życie Jezusa, Bojki Dwie dusze. Sądzę, że podobnych książek było tam więcej. Nic dziwnego, że bp Wałęga, zdając sobie dobrze sprawę z naporu nurtów wrogich religii, usiłował położyć im tamę. Świadczy o tym jego list pasterski w r. 1907.
 Można się domyślać, że powodem zwalczania ruchu ludowego w naszej diecezji była obawa, jaką żywił biskup lub jego doradcy, że ruch ludowy przyczyni się do osłabienia wiary i wpływu Kościoła. Potwierdzeniem tych obaw była nieukrywana niechęć niektórych przywódców ruchu ludowego do kleru czy Kościoła. Narzędziem walki z ruchem ludowym miały być Stronnictwo Katolicko-Ludowe i gazetka tygodniowa Lud Katolicki. Stronnictwo to było słabe, gdyż księża, którzy tam się udzielali, nie dorównywali ani ks. Żygulińskiemu, ani wyjadaczom wiecowym ze Stronnictwa Ludowego, a świeccy działacze katoliccy budzili podejrzenie, że im chodziło bardziej o dobro kleru niż chłopów.
 Pierwsza wojna światowa uciszyła spory między stronnictwami, a gdy Galicja stała się Małopolską, stronnictwa polityczne znalazły się w nowym układzie. Wprawdzie ani duchowieństwo naszej diecezji nie całkiem wyzbyło się podejrzliwości i uprzedzeń do Polskiego Stronnictwa Ludowego "Piast", które w następstwie rozłamu w Polskim Stronnictwie Ludowym wyłoniło się jeszcze przed pierwszą wojną, ani PSL "Piast" nie żywiło zbyt przyjaznych uczuć do duchowieństwa, ale obie strony zrozumiały wreszcie, że walka między nimi nie wychodzi na dobre ani jednej, ani drugiej stronie, zwłaszcza że po rozłamie w Polskim Stronnictwie Ludowym w PSL "Piast" pozostali w nim ludzie bardziej umiarkowani. A poza tym, zwłaszcza po r. 1920, nie uchodziło występować przeciw polskiemu Cyncynatowi, jakim okazał się Witos, którego w obliczu niebezpieczeństwa naród trzykrotnie wzywał od pługa na stanowisko premiera rządu.
 W naszej diecezji działało nadal Stronnictwo Katolicko-Ludowe. Jego przywódcą był ks. dr Józef Lubelski. W latach trzydziestych Stronnictwo to zbliżyło się do obozu rządowego, co jednak nie powstrzymało ks. Lubelskiego od dwukrotnego wystąpienia w sejmie w obronie działaczy opozycyjnych, więzionych w Brześciu nad Bugiem i skazanych wyrokiem sądowym. Wśród tych więźniów był również Witos, dawny przeciwnik polityczny ks. Lubelskiego.
 W niektórych wsiach, do których sięgały wpływy Stronnictwa "Piast", działały organizacje młodzieżowe pod nazwą "Kół Młodzieży", w których skupiała się młodzież obojga płci, sprzyjająca Stronnictwu "Piasta". Tam natomiast, gdzie zdobył wpływy radykalny odłam Polskiego Stronnictwa Ludowego, powstawały związki młodzieżowe "Wici". Znałem z bliska "Koło Młodzieży", gdyż moi starsi bracia brali w nim udział. Natomiast ze związku "Wici" znałem tylko jednego chłopca w Zgórsku. Chłopiec ten przychodził do mnie pożyczać książki. Pytał się, czy jest jeszcze inna taka książka jak Stara baśń. Nie wiedziałem, dlaczego właśnie takiej książki szukał. Dopiero później gdzieś czytałem, że "Wici" nawiązywały w jakiś sposób do kultury przedchrześcijańskiej naszego narodu. To mi wyjaśniło, dlaczego ów chłopiec szukał wiedzy o życiu naszego narodu w czasach przedchrześcijańskich. Były to może tęsknoty podobne do tych, jakie już wcześniej drzemały u źródeł pewnych nurtów umysłowych i społecznych w Niemczech.
 Biskup i księża diecezji tarnowskiej obawiali się, że oddziaływanie nie tylko "Wici", lecz również "Kół Młodzieży" może wyrządzić zło duszom młodzieży. Stąd zrodził się pomysł zrzeszania młodzieży wiejskiej w Katolickich Stowarzyszeniach Młodzieży, osobnych dla chłopców, osobnych dla dziewcząt. Te Stowarzyszenia stały się później członami Akcji Katolickiej.
 Księży, którzy za czasów bpa Wałęgi rzucali się w zdradliwe odmęty działalności politycznej, było na szczęście mało. Natomiast, jak na niewielkie miasto, jakim był Tarnów między wojnami, znalazło się dość dużo księży zapaleńców, którzy chcieli coś dobrego zdziałać dla tutejszego społeczeństwa. Tak więc ks. Michał Rec, profesor seminarium duchownego, wybudował przy ul. K. Brodzińskiego pokaźny blok z mieszkaniami dla robotników. Ks. Kasper Mazur, proboszcz parafii katedralnej, wybudował dom dla Stowarzyszenia św. Zyty, które zrzeszało i opiekowało się dziewczętami służącymi w bogatszych domach jako pomoc domowa. Wtedy bowiem wiele dziewcząt z okolicznych wsi szukało pracy w mieście, często w domach żydowskich. Los niejednej z takich dziewcząt był podobny do tego, jaki opisywała Gabriela Zapolska w Moralności pani Dulskiej i w Kaśce Kariatydzie. Stowarzyszenie św. Zyty zapewniało opiekę dziewczętom szukającym pracy, wskazywało miejsca pracy, roztaczało opiekę nad tymi, które w starości lub chorobie potrzebowały opieki. Nad domem Stowarzyszenia św. Zyty i nad jego mieszkankami chorymi lub niedołężnymi roztaczały potem opiekę panie z Instytutu Sług Jezusa, które mają swój dom przy ul. Reytana w bezpośrednim sąsiedztwie domu Stowarzyszenia św. Zyty (ul. Grottgera). Inni księża zakrzątnęli się koło budowy burs uczniowskich, które zapewniały pochodzącym ze wsi uczniom szkół średnich dach nad głową.
 Warto przypomnieć, co bursy dawały swoim wychowankom. Tak, dla przykładu, ze sprawozdania z działalności bursy św. Kazimierza za rok 1906/7 dowiadujemy się, że w bursie tej było 83 uczniów. Wychowankowie bursy mieli zapewnione - oprócz opieki i mieszkania - wyżywienie, opał, światło, pranie bielizny, naukę gry na różnych instrumentach, pomoc lekarską. Za to wszystko dopłacali miesięcznie po 8 do 24 koron. Czterech uczniów niezamożnych korzystało z całkowitego zwolnienia od dopłaty. W sprawozdaniu tym wymieniono nazwiska wychowanków, którzy ukończyli gimnazjum, większość z nich z wynikiem celującym. Z tego sprawozdania widać, jak wielką wagę przywiązywał bp Wałęga do sprawy wychowania i kształcenia inteligencji. Zdawał sobie sprawę z tego, że to jest inwestycja, w którą warto włożyć pieniądze kościelne.
 Wobec wysokiego przyrostu naturalnego na wsi, młodzież męska, która nie widziała dla siebie możliwości zatrudnienia w rolnictwie, szukała pracy w mieście. Ponieważ w naszej diecezji, jak zresztą w całej Galicji, było niewiele fabryk, handel zaś był opanowany przez Żydów, przeto tym, którzy chcieli znaleźć pracę w mieście, pozostawało tylko rzemiosło. Wyuczenie się rzemiosła nie było sprawą całkiem prostą i zanim chłopak wiejski osiągnął stopień czeladnika czy wreszcie majstra, musiał się naborykać z biedą i innymi trudnościami. Księża tarnowscy nie pozostawiali młodzieży rzemieślniczej samej sobie. Jeszcze za rządów bpa Ignacego Łobosa sprawą młodzieży robotniczej zajął się ks. dr Adam Kopyciński, profesor seminarium duchownego, później zaś, w l. 1892-1914 proboszcz w Gawłuszowicach. Jego staraniem powstał przy ul. Kopernika dom "Gwiazda", w którym młodzież rękodzielnicza znajdowała rozrywki kulturalne i możliwość dokształcania się. Dom ten służył wspomnianej młodzieży aż do r. 1949.
 Bp Wałęga był trochę staroświecki i dzielił z wielu ówczesnymi ludźmi krytyczny pogląd na emancypację kobiet, która według słów Józefa Szujskiego wyganiała "na zawsze to naturalne poczucie bierności, które z kobiety czyni szlachetną, ale dobrowolną ofiarę" (J. Szujski, Portrety, Dzieła, t. 1, Kraków 1885, s. 114). Ponieważ jednak dostęp do szkół i zawodów, które trudno było pogodzić z powołaniem kobiety jako matki i gospodyni domu, otwierał drogę do emancypacji kobiet, przeto zwolenniczki emancypacji dobijały się o dostęp do tych szkół a nawet zawodów. Jeszcze po I wojnie światowej tylko niektóre gimnazja państwowe przyjmowały niewielką liczbę dziewcząt, i to jako tzw. prywatystki czy hospitantki. Tak na przykład ze sprawozdań gimnazjum dębickiego, wydawanych w latach dwudziestych, można się dowiedzieć, że w poszczególnych klasach były dwie lub trzy dziewczęta i że przy nazwisku każdej było zaznaczone, iż jest prywatystką, chociaż w rzeczywistości miały te same uprawnienia, jakie przysługiwały chłopcom.
 Aby umożliwić dziewczętom dostęp do nauki, otwierano coraz to nowe prywatne szkoły średnie. W tej sprawie najwięcej zasłużyły się w naszej diecezji najpierw zakony żeńskie: Urszulanki w Tarnowie, Zgromadzenie Sacré Coeur w Zbylitowskiej Górze, Niepokalanki w Nowym Sączu. Szkoły w Zbylitowskiej Górze i w Nowym Sączu były ekskluzywne, Urszulanki natomiast kształciły dziewczęta z rodzin plebejskich. Urszulanki, wnet po przybyciu w r. 1877 do Tarnowa, otworzyły pierwszą w tym mieście szkołę średnią dla dziewcząt z pensjonatem. Było to gimnazjum, które przetrwało do r. 1953. Później w r. 1921 otworzyły seminarium nauczycielskie, które prowadziły do r. 1935. W latach dwudziestych dzięki zabiegom ks. Józefa Chrząszcza powstały w Tarnowie jeszcze inne szkoły średnie dla dziewcząt, a mianowicie: I Prywatne Seminarium Nauczycielskie Żeńskie im. bł. Kingi, przy którym było później również gimnazjum ogólnokształcące, następnie zaś II Prywatne Seminarium Nauczycielskie Żeńskie im. św. Jadwigi. Dla uczennic tych szkół ks. Chrząszcz założył bursę im. św. Jadwigi. Przy Seminarium bł. Kingi ks. Chrząszcz otworzył nieco później gimnazjum i liceum ogólnokształcące. Na pewno nie podejmował on tych wszystkich przedsięwzięć bez zgody czy nawet pomocy pieniężnej ze strony rządcy diecezji.
 Zaniedbanie gospodarcze i bieda, jaką południowe ziemie Polski zawdzięczały Austrii, skłaniało wielu ludzi, a wśród nich i księży, do podejmowania działań w różnych dziedzinach gospodarki, zwłaszcza w rolnictwie, w handlu i w przemyśle. Ponieważ w tych dziedzinach wysiłki zespołowe przynoszą większe korzyści niż działanie w pojedynkę, przeto w latach dwudziestych powstawały spółdzielnie, z których jedne miały na względzie podniesienie rolnictwa, inne stworzenie takich powiązań handlowych, aby uchronić nabywców od wyzysku, jeszcze inne ochronę pracowników.
 Podejmowana przez księży próba działalności handlowej w Tarnowie skończyła się niepowodzeniem. Bankructwo założonej przez nich spółdzielni handlowej, które było następstwem niedopatrzenia ze strony założycieli i nieuczciwości ze strony - jak mówiono - pracowników świeckich, naraziły na straty wielu ludzi, którzy powierzyli swoje uciułane oszczędności jako udziały, i obciążyły długami księży, którzy poręczyli za powierzone wkłady.
 O wiele lepiej powiodło się księżom dekanatu dębickiego, którzy bez wielkiego szumu założyli spółdzielnię "Żniwo". Spółdzielnia ta sprowadzała narzędzia i maszyny rolnicze, nawozy sztuczne czy węgiel, i przyczyniła się do znacznego rozwoju rolnictwa i ożywienia gospodarczego w powiecie. O rentowności tej spółdzielni świadczył budynek, który jak grzyb po deszczu wyrósł, nie wiadomo kiedy, w samym środku miasta i puszył się dumnie swoim czwartym półpiętrem spoglądając wyniośle na skromne kamieniczki i rudery miejskie. Budynek ten mieścił nie tylko  sklep i biura spółdzielni, ale również bibliotekę miejską, w której można było wypożyczyć nawet Platona. "Żniwo" prowadzone przez dobrego kierownika przetrwało do drugiej wojny. Dzisiaj w pomieszczeniach dawnego "Żniwa" sprzedaje się nadal wszystko, co potrzebne rolnictwu.
 Bp Wałęga zastał w diecezji wiele parafii zbyt rozległych, które trzeba było podzielić. Ale nie było to sprawą prostą z jednej strony ze względu na brak księży, z drugiej zaś na opory ze strony ludzi, którzy z przywiązania do dawnej parafii nie chcieli przyłączenia do nowej.
 Takich spraw było z pewnością więcej, ale szczególnie gorzką pigułkę przyszło biskupowi połknąć w r. 1925 w Lubzinie. Wtedy bowiem nastąpiło oddzielenie od parafii Lubziny kilku domów przysiółka Czekaj, znajdujących się na północ od toru kolejowego, tuż przy stacji Ropczyce. Domy te, oddalone od kościoła w Lubzinie o blisko 5 km, miały w pobliżu kościół w Ostrowie. Nie wszyscy jednak mieszkańcy owych domów byli radzi z przyłączenia do Ostrowa. Zdarzyło się więc, że gdy w czasie wizytacji bp Wałęga przechodził z kościoła na plebanię, jedna z najzajadlejszych przeciwniczek odłączenia przysiółka, odezwała się do biskupa słowami, które trudno by uznać za uprzejme. Tej odzywki nie słyszałem, ale ludzie opowiadali po fakcie, że "śpiżyła na nim" (co w miejscowym narzeczu oznaczało "pyskowała, jazgotała"). Tym aroganckim występem owej kobiety wstrząśnięty był nawet proboszcz, uchodzący za człowieka, którego nic z równowagi wytrącić nie mogło i który -  jak zapewniali starsi - ten jeden jedyny raz w życiu odstąpił od wytwornego i spokojnego sposobu wyrażania myśli i po wyjeździe biskupa, w sprawozdaniu z wizytacji wypowiedział te niesłychane słowa: "gdzie diabeł nie może, tam babę pośle".
 Gdy w r. 1901 bp Wałęga obejmował diecezję tarnowską, nie należała ona do zaniedbanych. Księży było wprawdzie zbyt mało, lecz wśród nich byli ludzie dzielni i gorliwi. Największą bolączką wsi galicyjskiej było od dawna pijaństwo. Sprzyjała temu wielka ilość karczem, które były własnością właścicieli dworów, a tylko tu i ówdzie - proboszczów. Z tego wynikały trudności, gdyż zwalczanie pijaństwa prowadziło często do konfliktów między księżmi i właścicielami dworów. Mimo to jednak udawało się księżom doprowadzić do zamknięcia wielu karczem wiejskich jeszcze w ostatnich dziesiątkach lat ubiegłego wieku; pozostałe zaś zniknęły niemal zupełnie za rządów bpa Wałęgi. Pamiętam, że jako dziecko słuchałem opowiadań lub czytałem o karczmach, lecz było to dla mnie jakby legendą, gdyż w całej parafii i w najbliższej okolicy nie było już wtedy ani jednej karczmy. Nie było też notorycznych pijaków. W latach międzywojennych nawet przy jarmarkach w Dębicy rzadko się widziało pijanego człowieka.
 Gdy zbliżało się trzydziestolecie rządów w diecezji tarnowskiej, bp Wałęga zwrócił się do Stolicy Apostolskiej z prośbą o zwolnienie z urzędu. Przyczyną tego kroku był - jak mówili jedni - pogarszający się stan zdrowia biskupa, do czego przyczyniło się w pewnej mierze złamanie nogi, lub - jak mówili inni - przekonanie biskupa, że już nie może sprostać nowym zadaniom, wobec których postawiły wszystkich biskupów nalegania papieża Piusa XI, aby zaprowadzali u siebie Akcję Katolicką. Pasterz tarnowski daleki był od tego, aby czy to krytykować zarządzenie papieża, czy to uchylać się od jego wykonania. Jednakże zdawał sobie zapewne sprawę z tego, że zaprowadzenie Akcji Katolickiej będzie wymagało niemałych zmian w formach duszpasterstwa, gdyż niektórych trzeba będzie się wyrzec, niektóre zaś zmienić i zaprowadzić jakieś nowe, które by się w życiu parafialnym przyjęły. Być może, nauczony doświadczeniem z działalnością Katolickiego Stronnictwa Ludowego, obawiał się, że zaprowadzenie Akcji Katolickiej przyniesie niepożądane przedziały między tymi, którzy będą jej członkami, a tymi, którzy - z takich czy innych powodów - nimi nie będą.
 Odchodzącego w stan spoczynku biskupa Wałęgę papież Pius XI obdarzył tytułem arcybiskupa. Utrudzony rządca diecezji opuścił Tarnów i zamieszkał w klasztorze redemptorystów w Tuchowie, lecz wnet potem zmarł w r. 1933.
 Okres czasu, w którym dane mi było stykać się z bpem Wałęgą, był zbyt krótki, a spotkania z nim zbyt rzadkie, abym sam mógł sobie urobić w miarę pełny obraz jego osobowości. Później dopiero przez wiele lat spotykałem starszych księży, którzy omawiali takie czy inne wydarzenia z czasów bpa Wałęgi. Widziałem również trwałe dzieła, jakich on dokonał w okresie swych rządów w diecezji. Dzięki temu mogłem przynajmniej w części zrozumieć, jaki był i kim był dla diecezji tarnowskiej.
 Abp Wałęga pozostawił wśród ogółu księży wdzięczną pamięć o sobie jako człowieku dobrym, rozumnym, sprawiedliwym, wymagającym, ale wyrozumiałym; budzącym onieśmielenie, lecz łatwo przystępnym i łaskawym; wielkodusznym, lecz bez pogoni za rozgłosem i wyróżnieniem; pełnym dostojeństwa, lecz dalekim od wyniosłości i arogancji.

    To, że rodzi się człowieka, "że się człowiek narodził na świat" (J 16, 21),
jest znakiem paschalnym. Mówi o nim Ewangelia według św. Jana w tych
słowach, które Chrystus skierował do uczniów przed swym odejściem. Mówił
im wtedy o smutku, jaki z racji tego odejścia napełnił ich serce. I ten właśnie
smutek odejścia, czyli śmierci, porównał ze smutkiem rodzącej kobiety:
"Kobieta, gdy rodzi, doznaje smutku (czyli cierpi), bo przyszła jej godzina. Gdy
jednak urodzi dziecię, już nie pamięta o bólu z powodu radości, że się człowiek
narodził na świat" (J 16, 21). "Godzina" Chrystusowej śmierci (por. J 13, 1)
została przyrównana do "godziny" rodzącej niewiasty. Natomiast narodzenie
człowieka znajduje swój odpowiednik w Chrystusowym zmartwychwstaniu.
Można snuć wokół tego zestawienia wielorakie refleksje. Zmartwychwstanie
jest objawieniem Życia poza progiem śmierci. Narodziny dziecka są też
objawieniem życia. Dla Chrystusa, który przyszedł, abyśmy życie mieli, i mieli
w obfitości, jest to zawsze objawienie życia dla "pełni życia", która jest w Bogu
samym: "Przyszedłem po to, aby mieli życie i mieli je w obfitości" (por. J 10,
10). Tu także odsłania się właściwe znaczenie Ireneuszowego "Gloria Dei
vivens homo".

                            (Jan Paweł II, List do Rodzin, nr 11)