Untitled Document
Organy piszczałkowe czy elektroniczne
Ks. Grzegorz Piekarz
Kraków

16 lipca 2003 roku ksiądz Biskup Ordynariusz Wiktor Skworc poświęcił w Szymbarku nowe organy piszczałkowe przywiezione z Niemiec. Uroczystość ta miała miejsce podczas sumy odpustowej w obecności około 45 prezbiterów i licznie zebranych parafian. Instrument posiada 30-głosów, dwa manuały, klawiaturę pedałową oraz trakturę mechaniczną. Instrument przywiózł i złożył p. Marian Majcher, a intonację wykonał p. Andrzej Ragan. Szafę, w której znajduje się sam instrument wykonali miejscowi stolarze. Skutek: piękne, różnorodne brzmienie; intonacja subtelnie wyważona ("głosy językowe" wspaniale współbrzmią z pozostałymi sekcjami głosów nie tylko w pleno), cała traktura niezwykle precyzyjna (o czym mogłem się sam przekonać zasiadając przy klawiaturze po uroczystoś­ciach), obudowa całego instrumentu niczym nie ustępuje instrumentom z niemiec­kich firm organmistrzowskich. To kolejny instru­ment, który powstał w naszej diecezji w ostatnim czasie - obok Dębicy i Ładnej. Niestety nie niweluje to dość dużej szarzyzny jeśli chodzi o organy w naszej diecezji. Instrumentów, na których można wykonać koncert lub zagrać jakiś ciekawy utwór z literatury organowej jest - niestety - bardzo niewiele.

Chciałbym tutaj jednak nie tyle mówić o nowych instrumentach, ile dotknąć tematu związanego z elektrofonami (popularnie zwanych organami elektrycznymi, czy elektronicznymi) i ich "wciskanie się" coraz częstsze do liturgii. Najpierw zwrócę zatem uwagę na argumenty, przemawiające za tym, iż tylko organy piszczałkowe mogą być uznawane za instrument liturgiczny. Następnie zostaną przedstawione argumenty "za" i "przeciw" elektrofonom, które współczesne firmy lansują, jako - rzekomo - dokładną imitację organów piszczałkowych. Na końcu niech przemówi przykład z życia wzięty.

1. Dlaczego organy piszczałkowe w liturgii?

Na kanwie współczesnej muzyki liturgicznej i życia duszpasterskiego w parafiach zwrócenie uwagi na związek organów piszczałkowych z liturgią jest obecnie bardzo aktualne. Przypomnienie tego prawidła, podkreślenie jego ważności i jego uzasadnienie jawi się jako konieczność wobec obserwowanych po Soborze Watykańskim II tendencji do wprowadzania do liturgii "nowości", które ze świętością i godnością tych obrzędów niewiele mają wspólnego. Jerzy Gołos tak przedstawia ów problem: "Po Soborze Watykańskim II jako niezamierzony, uboczny produkt przemian zaczęto kwestionować przydatność muzyki profesjonalnej dla celów kultowych mimo, iż zdaniem wielu autorytetów teologicznych przeżycia natury estetycznej nie są z nimi sprzeczne. Obserwujemy rezygnację z ambit­niejszych form muzykowania, preferowanie form typu "pop" w najgorszym wydaniu: prymitywnych produkcji wokalnych z towarzyszeniem instru­mentów elektronicznych. Ponadto daje się zauważyć faworyzowanie amatorszczyzny zarówno w dziedzinie tworzenia tzw. nowej muzyki liturgicznej (co się m. in. wyraża w licznych kontrafakturach, , czy wręcz plagiatach) i w sferze wykonawstwa, także w schlebia­niu najniższym gatunkom muzyki rozrywkowej". Muzyka tego typu wykonywana jest zazwyczaj na instrumentach, których brzmienie niewiele ma wspólnego ze skupieniem, modlitwą, czy medytacją.

Instrument, który powszechnie nazywany jest "królem instrumentów", nie od razu zyskał sobie miano instrumentu liturgicznego. Musiał on najpierw "przejść długą drogę" przez wieki nie tylko udoskonalania technicznego, ale także przez swoje tony i brzmienie dorastać do świętości miejsca i czynności liturgicznych. W liturgii nowożytnej zyskał on sobie jednak niepodważalne prawo instrumentu liturgicznego, jako jedyny instrument z jakże bogatej "gamy" innych instrumentów. Szukając podstaw takiego stwierdzenia można tu, za Ireneuszem Pawlakiem, podać trzy podstawowe argumenty świadczące o niepodważalności postawionej tezy.

Pierwszym z nich jest argument historyczny. Przez całe bowiem wieki organy były jedynym instrumentem godnym liturgii. Począwszy od decyzji papieża Witaliana (657-672), który zezwolił na wprowadzenie organów do świątyń, zyskiwały one coraz większy szacunek i miejsce w liturgii; początkowo tylko do poddawania tonów chórowi, czy akompaniowania, później także jako instrument solowy. Swój szczytowy okres rozkwitu przeżywały w okresie baroku, zarówno pod względem stanu technicznego jak i zaangażowania w liturgię. Po Soborze Watykańskim II, który przypomniał, że "w Kościele łacińskim należy mieć w wielkim posza­nowaniu organy piszczałkowe, jako tradycyjny instrument muzyczny" (KL 120) pozostają one nadal jedynym instrumentem przeznaczonym do liturgii. Sobór wprawdzie dopuszcza inne instrumenty za zgodą kompetentnej władzy (zob. KL 120), to jednak tylko organom przyznaje to szczególne miejsce. W swoim stanowisku Ojcowie soborowi nie są odosobnieni. Także w świadomości wiernych (mimo iż inne instrumenty też torowały sobie przez wieki drogę do liturgii i Sobór to zauważa) pozostają jednak organy "wzorcowym instrumentem liturgicznym, instrumentem, którego użytek nie budzi żadnych wątpliwości". Na ten temat wypowiedział się pośrednio na łamach prasy Jan Miodek w ten sposób: "To, co się dzieje na Mszach św. dla dzieci i młodzieży, jest kompromitacją muzyczną i literacką. Rozumiem, że szuka się form, które by zachęcały dzieci do przyjścia do kościoła, modlitwy. Jednak kiedy po strasznych gitarowych "strunobrzdękach" usłyszę organy, odczuwam ulgę. Gitary i religijne piosenki dobre są na spotkaniu oazowym albo na pielgrzymce, ale nie w kościele. Tym bardziej, że poziom tych utworów jest żenujący".

Drugą racją przemawiającą za liturgicznym charakterem organów jest argument artystyczny. Organy są bowiem wielkim dobrem kultury. Nie są własnością ani ordynariusza miejsca, ani organisty na nich grającego, ale własnością całej społeczności. Są odzwierciedleniem ich kultury, myśli, techniki. Każdy bowiem instrument jest niepowtarzalny i zaprojektowany do konkretnej świątyni. Jego prospekt, często przedstawiany z różnymi ornamentami, niejednokrotnie nadawał wystrojowi kościoła niepowtarzalny charakter, czy nawet splendor. Często nie tylko ich wystrój, ale także ich obecność jest wyrazem "miłości, jaką wieku ludzi włożyło w ich kształt i formę (...), by ten służył chwale Bożej i pożytkowi wiernych".

Kolejny argument wynika z prawodawstwa kościelnego. Z analizy poszczególnych dokumentów łatwo wyciągnąć wniosek, że nigdy nie kwestionowało ono liturgiczności tego instrumentu. Stwierdzenia odnoszące się bezpośrednio do samego instrumentu zazwyczaj sformułowane są w sposób lapidarny, ale istotowy (por. IP 15; DC 8; MSD III; IMSiL 62-63; KL 120). Znacznie więcej uwagi dokumenty poświęcają samej muzyce organowej, gdyż ta była w przeszłości przyczyną wielu nadużyć (por. IP 5 i 18; MSD II, 1; MS 60; IEP 10). Warto tu zaznaczyć, iż po raz pierwszy w dokumentach Stolicy Apostolskiej organy zostały nazwane instrumentem liturgicznym dopiero w Instrukcji z roku 1958. Stwierdzenie to brzmi następująco: "Właściwym i uroczystym instrumentem liturgicznym Kościoła łacińskiego były i pozostają organy klasyczne czyli piszczałkowe" (IMSiL 61). W Polsce Instrukcja Episkopatu Polski z roku 1979 dopuściła instrument elektronowy do liturgii, ale tylko "jako instrument tymczasowy" (IEP 28). IV Synod diecezji tarnowskiej zajmuje takie samo stanowisko. Z powyższych argumentów jasno zatem wynika zasadność stwierdzenia, iż organy piszczałkowe są jedynym instrumentem, który szczyci się mianem instrumentu liturgicznego.

2. Dlaczego nie elektrofony?

Rozwój instrumentów elektrycznych rozpoczął się z początkiem XX wieku. W 1900 roku jako jeden z pierwszych T. Cahill ze Stanów Zjednoczonych zbudował wielogłosowe organy elektryczne (dynamophone). W latach dwudziestych XX wieku powstają kolejne instrumenty skonstru­owane przez L. Termena (theremin). Pojawienie się takich instrumentów, jak trautonium, fale Martenota, czy organy Hammonda, wywołało wielki podziw dla tych wynalazków ze względu na możliwości brzmieniowe i wyko­nawcze. Organy elektryczne zaczęto seryjnie produkować po II wojnie światowej, wskutek czego zaczęły one zdobywać miejsce nie tylko na estradzie, ale także i w świątyniach, oraz w domowym muzykowaniu. W latach sześćdziesiątych pojawiał się syntezator muzyczny skonstruowany niezależnie przez dwóch konstruktorów: R. Mooga i D. Buchlę. W kolejnych latach takie firmy jak holenderski "Johannus", jak również "Eminent", włoski "Viscont", czy niemiecki "Böhm Electronic" wchodzą na rynek z instrumentami wykorzystującymi najnowsze zdobycze techniki służące do imitacji głosów organów piszczałkowych. Nic więc dziwnego, że coraz bardziej starały się konkurować z nimi i zajmować ich miejsce w świątyniach. Stąd prawodawstwo kościelne musiało się w jakiś sposób ustosunkować do tego stanu rzeczy. Tomasz Bojasiński tak ten stan opisuje: "Czy godzi się więc stawiać imitację na równi, a nawet wyżej (...) od zwykłych, tradycyjnych organów piszczałkowych? W innych dziedzinach Kościół zawsze dbał o rzetelność działania, również i w zakresie autentycz­ności tworzywa np. w dziedzinie sztuki kościelnej. Stąd nie umieszczano w nastawach ołtarzowych drukowanych reprodukcji nawet najpiękniejszych arcydzieł wielkich mistrzów, starano się zawsze zamawiać obrazy malowane "ad casum". (...) Najpiękniej wykonane kwiaty z bibułki lub plastiku nie zastąpią naturalnego piękna żywych, choćby tylko zwykłych polnych kwiatów stawianych pobożną ręką na ołtarzu Pana. Szat liturgicznych nie pozwala Kościół wykonywać ze sztucznych tworzyw, ale na pierwszym miejscu stawia materiały naturalne, jak len, jedwab, bawełna lub wełna. Smutne wrażenie sprawia powieszony w kościele żyrandol z tanimi niby-szkiełkami z polisterynu, które nigdy nie dadzą blasku prawdziwego, szlifowanego kryształu. Tak samo wygląda porównanie piękna prawdziwych witraży, wykonanych ze specjalnego szkła, barwionego w swej masie, z szybkami malowanymi farbami transparentowymi, mającymi imitować szkło kolorowe". Już przed Soborem Watykańskim II Kongregacja Obrzędów zwróciła uwagę na ten fakt dopuszczając organy elektronowe tylko tymczasowo (IMSiL 64). Soborowa konstytucja o Liturgii nie podejmuje tego tematu wprost, choć wskazuje, że organy piszczałkowe należy mieć w wielkim poszanowaniu jako instrument tradycyjny, "którego brzmienie ceremoniom kościelnym dodaje majestatu, a umysły wiernych porywa do Boga i spraw niebieskich" (KL 120). Pośrednio omawiany tu temat podejmuje też posoborowa instrukcja Musicam sacram w stwierdzeniu: "Co według ogólnego przekonania i faktycznego używania odpowiednie jest tylko dla muzyki świeckiej, należy bezwzględnie wyłączyć z wszelkich czynności liturgicznych i ćwiczeń pobożnych" (MS 63). Wprost temat podejmuje Instrukcja Episkopatu Polski stwierdzając (po wcześniejszym przypomnieniu soborowej wypowiedzi na ten temat), iż "organy powinny się znajdować we wszystkich kościołach w Polsce. Tzw. Organy elektronowe dopuszcza się do użytku jako instrument tymczasowy. Natomiast tam, gdzie ze względu na brak miejsca nie da się zbudować organów piszczałkowych, można je instalować zamiast fisharmonium" (IEP 28). Instrukcja dopuszcza zatem pewne wyjątki. Także dla porównania można tu przytoczyć postanowienie Synodu Diecezjalnego w Wiedniu z roku 1969, który stwierdza, że "budowa organów piszczałkowych powinna być przewidziana dla wszystkich kościołów. Elektrofony i instrumenty o podobnym źródle dźwięku zastę­pujące organy piszczałkowe mogą być używane jako prowizoria jedynie za zezwoleniem Diecezjalnej Komisji do spraw Muzyki Kościelnej". Podobnie zresztą wypowiada się wiele polskich synodów.

W tym miejscu trzeba by się przyglądnąć zarówno zaletom jak i wadom instrumentów elektrycznych tego typu, by bez cienia emocji móc uzasadnić zarówno stanowisko Kościoła w tej kwestii, jak i wielu zarówno teoretyków jak i praktyków. Wolfgang Adelung w swoim dziele Einführung in den Orgelbau jeden z końcowych rozdziałów poświęca elektrofonom, podając zarówno ich zalety jak i wady. Podstawową zaletą tego instrumentu jest przede wszystkim jego dość niska cena. Jeśli chodzi o relacje do organów piszczałkowych to ma się ona tak, że wielki instrument elektryczny jest wart mniej więcej tyle co dziesięciogłosowe organy tradycyjne. Kolejną zaletą jest mała powierzchnia, którą zajmują. By ustawić tego typu instrument potrzebne jest miejsce zaledwie tylko na stół gry i kolumny. Elektrofony cechują się też stałym strojem, który nie ulega zmianie pod wpływem pogody i zmian temperatury. Na instrument ten też nie ma wpływu wielkość pomieszczenia, w którym jest umieszczony. Moc głośników może być bowiem regulowana od ppp aż do fff. Jest także możliwość odsłuchu przez grającego na słuchawkach. Jest to często przydatne jeśli chodzi o ćwiczenie i nie zachodzi wtedy możliwość przeszkadzania komukolwiek. Wydawać by się mogło, że tego typu argumenty są nie "do zbicia" i jednoznacznie rozstrzygają problem. Adelung jednak w dalszej części przechodzi do ukazania wielu braków tego instrumentu. Pierwszą podstawową wadą jest samo brzmienie, które często jest po prostu karykaturą organów. Nie jest bowiem możliwe, by jeden, dwa, czy nawet cztery głośniki, które otrzymują sygnał wytwarzany przez generator i wzmacniany przez wzmacniacz, dały taki efekt brzmieniowy jak setki piszczałek z naturalnym i żywym brzmieniem. Także brzmienie głośnikowe nie jest w stanie oddać subtelnych różnic jakimi cechują się poszczególne głosy piszczałkowe. Poszczególne głosy elekrofonów wprawdzie są tak kształtowane, by jak najwierniej naśladować głos naturalny, ale w efekcie jest to tylko podobieństwo często karykaturalne. Na bogactwo brzmienia, na jego nasycenie mają też wielki wpływ tony składowe, tak zwane alikwoty, co jest bardzo trudne do osiągnięcia przy dźwiękach generowanych elektrycznie. Także - według Adelunga - pewnej naturalności dodaje organom piszczałkowym wyczuwana pewna chwiejność intonacyjna przy zadęciu niektórych głosów. Związane z tym jest całe wybrzmienie poszczególnych dźwięków, nieosiągalne w elektrofonach, w których dźwięk jest sterylnie czysty przez cały czas jego trwania. Natomiast w każdej piszczałce najpierw jest zadęcie, nabrzmienie dźwięku, skrystalizowanie odpowiedniej wysokości, a następnie wygaśnięcie. Także przy budowie nowych organów piszczałkowych dobierając odpo­wiednie menzury można znacznie skuteczniej "wpisać się" w akustykę kościoła. Każdy bowiem instrument jest budowany do konkretnego kościoła, z uwzględnieniem jego gabarytów, akustyki itp. Jest to o tyle ważne, iż w niektórych kościołach - szczególnie współczesnych - najczęściej akustyka jest fatalna, a seryjnie produkowane elektrofony są wobec tego problemu bezsilne. Kolejny argument to ten, iż cała literatura organowa jest napisana na organy piszczałkowe i zgodnie z jej przeznaczeniem powinna być grana na organach piszczałkowych. Nikt przecież nie gra dzieł organowych Bacha czy Regera na klawesynie czy akordeonie. Według Adelunga - jest to wykroczenie przeciw wierności dziełu i przeciw jego kompozytorowi. Patrząc zarówno na zalety jak i wady elektrofonów w liturgii, nie trudno zauważyć, że te pierwsze bazują bardziej na przesłankach ekonomicznych (niska cena, zajmują mało miejsca, nie potrzebują strojenia), natomiast te drugie na przesłankach artystycznych (brzmienie, barwa, jakość). Niewątpli­wie te pierwsze będą bardziej przemawiać do tych, którzy są mniej wrażliwi na piękno, barwę i jest im obojętne co gra, byle by grało, natomiast te drugie będą przemawiały do tych, dla których muzyka jest rzeczywiście jedną ze sztuk pięknych mogącą oddziaływać i kreować wrażliwość człowieka na wartości wyższe.

Dokonując zatem pewnego podsumowania można postawić kilka pytań. Czy zastąpienie w świątyni światła bijącego ze świecy przez żarówkę jest tym samym? Czy umieszczenie w miejsce obrazu jego zdjęcia wywoła podobny skutek? Czy koncert przeżywany na żywo na przykład w filharmonii można zastąpić tym samym nagraniem z taśmy magnetofonowej, czy nawet z technicznie niemalże doskonałej (przy dobrym sprzęcie) płyty kompaktowej? A w związku z tym: czy przeżycie, które towarzyszy słuchaczowi podczas koncertu w filharmonii jest równoznaczne z wrażeniami doznanymi przy elektrycznym adapterze, magnetofonie, czy najwyższej klasy odtwarzaczu CD? A z innej płaszczyzny: czy duszpasterz nie będzie zaniepokojony, gdy zauważa, że wprawdzie jego wspólnota się modli, ale nie ma w niej ducha gorliwości chrześcijańskiej, którym cechuje się na przykład sąsiednia parafia? Co sprawia, że jedna wspólnota przeżywa liturgię Eucharystii, a druga tylko w niej uczestniczy? Co decyduje o tym, że w danej świątyni wierni chcą się modlić, tłumacząc ten fakt, iż tam jest zawsze atmosfera do modlitwy, a w innej nie? Z pewnością nie same organy. Jednak niewątpliwie mają one niemały wpływ na taki stan rzeczy, a w nowszych świątyniach - często bardzo "ascetycznych" pod względem wystroju - i decydujący. Proboszcz stając przed dylematem: organy piszczałkowe czy elektryczne, musi sobie zdawać sprawę z tych pytań i ich konsekwencji. Zawsze generatory elektryczne będą tylko imitacją próbującą tylko nawiązywać do naturalnego brzmienia piszczałek, niezdolną do wyelimino­wania z równie dobrym skutkiem organów piszczałkowych. Jeśli jednak śpiew i muzyka instrumentalna będąc integralną częścią uroczystej liturgii mają spełnić swój cel uwielbienia Boga i uświęcenia wiernych (zob. KL 112); jeśli mają wprowadzić i pomóc w przeżycie Misteriów Zbawienia, niezbędny jest do tego instrument piszczałkowy. Niewątpliwie dźwięk z elektrycznej kolumny nigdy nie wywoła takiego wrażenia, reakcji, skupienia i przeżycia religij­nego, co żywy, naturalny dźwięk setek piszczałek zestrojonych ze sobą i z całą wspólnotą wiernych. Wszystko w tym celu, by mogła płynąć pieśń uwielbienia na cześć Pana, bo przecież do tego, tylko ten - "królewski instrument" został przez wieki przeznaczony.

3. Czy jest to możliwe?

Verba docent exempla trahunt mówi starożytna zasada. I dlatego najlepiej pojechać do Szymbarku czy Dębicy i na własne uszy się przekonać, że nasze świątynie też mogą posiadać piękne instrumenty piszczałkowe. Chciałbym jednak na koniec tego artykułu przytoczyć krótki wywiad z Księdzem Wiesławem Gomółką - proboszczem z Ładnej. Postarał się on bowiem w swojej parafii o piękne - także mechaniczne - organy piszczałkowe, które już stały się znane w muzycznym środowisku tarnowskim, jako bardzo precyzyjne, pięknie brzmiące, a także sprawiające wielką radość samemu grającemu. Sam mogłem się o tym przekonać, kiedy ksiądz proboszcz zaprosił mnie 22 czerwca z recitalem do swojej parafii. Przy kolacji, poprosiłem Go o krótki wywiad... bo przecież exempla trahunt:

Ks. Grzegorz - Księże Proboszczu, gratuluję nowego instrumentu. Ładna to przecież nowa, niewielka parafia, a już ma piękne, mechaniczne organy piszczałkowe. Proszę opowiedzieć jak do tego doszło.

Ks. Proboszcz - Na pewno jakoś tak Pan Bóg działa, bo byłem zaintereso­wany tym od lat, ale zdając sobie sprawę z tego, jaka jest cena takiego, dobrej klasy instrumentu - bo tylko o taki tu chodziło - na pewno przerastało to możliwości finansowe naszej niedużej parafii.

K.G. Przypomnijmy, że parafia liczy tylko...

K.P. ... około 1200 osób i jesteśmy przecież bezpośrednio po budowie kościoła i wciąż są "detale" mniejsze czy większe, które wymagają przy nim wykończenia.

K.G. Parafia istnieje dopiero...

K.P. ... 14 lat. Natomiast cena takiego instrumentu - tak mniej więcej się orientowałem - wynosiłaby około 300.000 złotych, a może nawet i więcej. Trzeba bowiem obecnie liczyć przynajmniej 20.000 złotych za głos organowy, a głos językowy jest przecież jeszcze droższy. No więc trudno było myśleć. Rozglądałem się, ale wiedziałem, że z Niemiec sprowadzają organy, ale też przecież nie miałem możliwości, aby ruszyć w taką drogę i dopytać się. Kiedy jednak sprowadzono takie organy u kolegi - księdza J. Leśniowskiego w Dębicy - pojechałem z organmistrzem i skontaktowałem się z firmą, która się tym na terenie Niemiec zajmuje. Tak się szczęśliwie złożyło dla naszej parafii i tak jakoś Pan Jezus Przemieniony pobłogosławił, że był do sprzedania 20-głosowy instrument, który być może pasowałby do naszego kościoła, ale był już właściwe "zadatkowany" do Skarżyska Kamiennej. Tam jest kościół większy i była wątpliwość czy ten instrument nie jest za mały. Ponieważ był też instrument większy - też do sprzedania - 26-głosowy, więc ten poszedł tam, a 20-głosowy do nas. Udało się też cenę wynegocjować - według mnie - ogromnie satysfakcjonującą, bo na 85.000 złotych.

K.G. ... za sam instrument...

K.P. ... za instrument, wraz z dostarczeniem tutaj z Niemiec na plac kościelny, bez naszego udziału w transporcie, a transport przecież nie jest tani. Ale oni mają do dyspozycji swoich przewoźników i bardzo dobrej jakości samochody dobrze wyposażone w różnego rodzaju skrzynie i uchwyty zabezpieczające poszczególne części organów, mają ekipę; bardzo dokładnie i pieczołowicie ten instrument rozebrali, każdy głos był w swoim klocu, zabezpieczony, piszczałki wskutek tego nie zostały nic uszkodzone...

K.G. ...i decyzja została po części już zrealizowana.

K.P. Tak. Decyzja już realizowana i to muszę powiedzieć trochę ze strachem o skutek, ale ksiądz Józef mi mówił: nawet się nie zastanawiaj, ludzie będą to coraz lepiej rozumieli i będą się cieszyć, gdy usłyszą szlachetne i piękne brzmienie głosów piszczałkowych.

K.G. Księże Proboszczu. Proszę powiedzieć, dlaczego nie zakupiliście instrumentu elektronicznego. Przecież jest znacznie tańszy.

K.P. Wiedziałem, byłem na prezentacji "Johannusa" w domu kateche­tycznym przy katedrze tarnowskiej i powiem, owszem, nie kryjąc, że wtedy zrobił na mnie wrażenie i bardzo mi się spodobał, na pewno jest to inne brzmienie niż wtedy, gdy ktoś gra na jakimś "Cassio" czy keyboardzie takiej czy innej firmy. Trzeba dodać, że "kusili" ceną instrumentu, ale nie eksponowali sprawy nagłośnienia, a okazuje się, że dobre nagłośnienie w tej kwestii, by osiągnąć choć trochę satysfakcjonujący rezultaty, też swoje kosztuje i w rezultacie przecież nie jest nigdy w stanie wygenerować z głośnika takiego brzmienia, jakie daje grająca piszczałka. Instrument, który udało nam się sprowadzić ma 21 głosów i gdy włączy się w nich taki głos jak na przykład puzon, to przecież żadna kolumna nie jest w stanie dać takiego brzmienia jak on sam, by się o tym przekonać wystarczy tylko posłuchać; to nawet zupełny "laik" dostrzeże, jak wielka jest różnica między dźwiękiem z membrany kolumnowej, a żywym i majestatycznym brzmienie przykładowego puzonu.

K.G. Czy trudno było przekonać parafian do tego projektu?

K.P. Nie. Nie miałem ani jednego - co może wydać się dziwne - jakiegoś głosu przeciwnego. Powiedziałem w jedną niedzielę, przed zakupem, na ambonie wiernym, że instrument, który kupujemy jest 5-krotnie tańszy niż nowy, a jest w idealnym stanie technicznym. Zresztą sam p. M. Stefański, który grał na poświęceniu tego instrumentu przez księdza biskupa Jana Styrnę potwierdził, że Polacy nie są w stanie zintonować instrumentu w tak doskonały sposób i tak go wykonać, jak ten instrument firmy "Walcker".

K.G. Czy nie "buntowali" się parafianie? malutka parafia, przy obecnym stanie ekonomiczno-politycznym większości Polakom nie jest dzisiaj łatwo...

K.P. No jakoś się nie buntowali, bo w jednym roku - dzięki Bogu - inwestycję tę sfinansowaliśmy całkowicie: instrument plus wszelkie prace z tym związane.

K.G. To muszę powiedzieć, że Ładna jest chyba teraz dumna, iż ma taki instrument. Niejeden przecież kościół w samym Tarnowie ma czego zazdrościć, przecież byłe miasto wojewódzkie, a tu niewielka parafia, ma zaledwie niewiele ponad tysiąc parafian, a już nawet koncerty muzyki organowej się tu odbywają.

K.P. Ogromnie się tym cieszę, bo pierwszy taki koncert miał miejsce w czasie konsekracji naszej świątyni, wtedy też zostały poświęcone i nasze nowe organy. Ta uroczystość była poprzedzona - jak bardzo celnie ks. Biskup doradził - koncertem bezpośrednio przed Mszą św. i był pełny kościół ludzi. Na pewno by nie było pełnej świątyni, gdyby to było po nabożeństwie, ponieważ ludzie byliby już - siłą rzeczy - zmęczeni. Przed tygodniem też odbył się koncert uczniów z klasy organów Liceum Muzycz­nego w Tarnowie po sumie i też wiele ludzi zostało, mimo iż było aż sześciu wykonawców. No i oczywiście w dzisiejszą niedzielę - piękny koncert, i to taki wieloczęściowy przed każdą mszą świętą pół godziny i po każdej mszy świętej pół godziny, a są u nas msze o 7.30., 10.00. i o 16.00. Podczas ofiarowania i komunii świętej słuchaliśmy też pięknych chorałów organowych... uważam przy takiej muzyce, jest też niesamowita możliwość przeżycia liturgii w aspekcie piękna.

K.G. Księże Proboszczu. Co by ksiądz proboszcz powiedział swoim kolegom, którzy piastują podobne stanowisko w parafii, jak Ksiądz Pro­boszcz, a którzy może przeżywają dylemat organy piszczałkowe w kościele, czy elektronowe ("Johannusy", "Visconty" czy jeszcze jakieś inne); organy piszczałkowe w kościele czy może kostka brukowa na zewnątrz kościoła?

K.P. Kostkę można zawsze kupić. Uważam natomiast, że najpierw powinno się troszczyć o to, co służy przeżyciu liturgii. Są u nas potrzebne witraże, ale to zrobi następne pokolenie, bo one nie biorą przecież bezpośrednio "udziału" w liturgii, choć niewątpliwie mają jakiś wpływ na wystrój i atmosferę w kościele, dlatego uznałem, że mogą poczekać. Instrument służy na co dzień. Tynki zewnętrze natomiast można położyć, czy to będzie dwa lata później czy nawet cztery, to jest mało ważne.

K.G. Księże Proboszczu. Dziękuję bardzo serdecznie za rozmowę i jeszcze raz, szczerze gratuluję tego dzieła, które wykonaliście. Oby się nie okazało, że życie kulturalne - przynajmniej jeśli chodzi o muzykę organową - przeniesie się z Tarnowa do Ładnej!

K.P. Na pewno nie, ale - owszem - będę bardzo zainteresowany, by rzeczywiście instrument służył, by był znany i by po prostu interesował ludzi. Będę się bardzo cieszył, gdy będzie coraz więcej młodych ludzi się rozmiłowanych w niezwykłej harmonii muzyki klasycznej, która przecież nie pozostaje bez wpływu na ich bardzo wrażliwe i otwarte serca na piękno.

K.G. Dziękuję za rozmowę i jeszcze raz gratuluję. Bóg zapłać.

"Ze względu na ogromne znaczenie nauki i osiągnięć technicznych w kulturze i społeczeństwie Europy, Kościół, posługując się własnymi środkami poznania teoretycznego i możliwościami w zakresie inicjatyw praktycznych, powinien wysuwać swoje propozycje wobec nauki oraz jej zastosowań; wskazywać na niewystarczalność i nieadekwatność koncepcji inspirowanej scjentyzmem, która przyznaje obiektywną wartość jedynie wiedzy doświadczalnej".

(Jan Paweł II, Ecclesia in Europa, nr 58)

Untitled Document

kwiecień - czerwiec 2004

 Akta Konferencji Episkopatu Polski

Chrześcijańska odpowiedzialność za Ojczyznę,
Apel biskupów polskich o odpowiedzialność za przyszłość Polski i Europy w obliczu wstąpienia Polski do struktur Unii Europejskiej

Akta Biskupa Tarnowskiego
Z życia diecezji
Odznaczenia-jubileusze-zwolnienia-nominacje
Zmarli kapłani

Kapłani zmarli w 2003 roku

Uroczystości pogrzebowe śp. biskupa Józefa Gucwy
Opracowania
Warto przeczytać...

Ks. Andrzej Michalik, Czym jest katolicyzm?