Kard. Carlo Maria Martini
Idźmy do Ojca!


1. Wędrówki osobistego niepokoju: "Zabiorę się i pójdę do mego ojca" (Łk 15,18)

Istnieją różne sposoby odrzucenia Ojca i wędrówki do Niego. Najpow-szechniejszym (i najbardziej ukrytym w podświadomości) jest odrzucenie śmierci. A przecież wszyscy, bez wyjątku, jesteśmy w drodze, długiej bądź krótkiej, która w sposób nieunikniony prowadzi nas do śmierci. Życie jest także współżyciem z ideą, że wcześniej bądź później wszystko będzie miało koniec. Bywają tacy, którzy pocieszają się, że kiedy będzie śmierć, to nas już nie będzie, i że dopóki jesteśmy, to śmierci nie ma. Ale jest to marna pociecha. W rzeczywistości śmierć ciąży nad każdą chwilą naszego życia, ciąży w formie pytania: Co stanie się ze mną po śmierci? Jaki sens ma moje życie? Gdzie idę z całym bagażem moich wysiłków, moich trudów, moich mizernych pociech?
Pośród takich pytań śmierć jawi się dla myśli ludzkiej jako radykalne wyzwanie, z którego rodzi się poważna refleksja. Jest to jakby jutrzenka, która strzeże dostępu do tajemnicy. Jest to jakby twarda skała, która nie pozwala nam zadowolić się powierzchownością. Jest to jakby sygnał, przed którym nie można uciec i który zmusza nas do szukania celu, dla którego byłoby warto żyć. Jest to "krańcowa palisada" (E. Montale), która mówi nam, jakby wychodząc naprzeciw, o potrzebie walki przeciw pozornemu tryumfowi śmierci oraz o głębokim wymaganiu szukania sensu życia i usprawiedliwienia codziennego trudu.
Czuję, że będą tacy, którzy czytając te słowa, będą kuszeni, aby je odrzucić - dlaczego zaczynać od zagadnienia tak poważnego i w tak niewielkim stopniu przeważonego przez nadzieję Pisma Świętego? A przecież nie uczyniłem nic innego, jak tylko przywołałem wydarzenie opowiadane przez Jezusa w przypowieści o dwóch synach. To wtedy, gdy młodszy syn, który chciał odejść z domu i roztrwonił swoje dobra, znalazł się w sytuacji krytycznej ("pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał" - Łk 15,16), jakby wychodząc naprzeciw, przypomina sobie, że jest przecież dom ojca, gdzie także słudzy mają życie, godność i "pod dostatkiem chleba" (Łk 15,17). Doświadczenie nędzy pozwala mu spojrzeć w twarz drodze śmierci, którą idzie i wyrazić swój sprzeciw. Gdy czujemy się sami, gdy wydaje się, że nikt nas już nie chce lub że ktoś jest z nas niezadowolony, gdy perspektywa śmierci lub poważnej straty przeraża nas i pogrąża w depresji, to wtedy z głębi serca wyłania się przeczucie i nostalgia za Innym, który mógłby nas przyjąć i pozwoliłby nam czuć się kochanymi, ponad wszystko i mimo wszystko.
Ojciec jest w tym znaczeniu - w znaczeniu jeszcze laickim i świeckim - obrazem kogoś, komu można zaufać bez zastrzeżeń, z pewnością, że nie będzie się odrzuconym. Jego postać ma zarazem rysy ojcowskie i macie-rzyńskie: można mówić o tej postaci jak o Ojcu, w którego ramionach czuje się pewnym, i jak o Matce, w której zakorzenia się życie, które uznajemy za pochodzące od niej. Dlatego jest to przywołanie początku, łona, ojczyzny, domu, ogniska rodzinnego, serca, w którym możemy złożyć to wszystko, czym jesteśmy, oblicza, na które patrzy się bez lęku. Potrzeba Ojca jest więc porównywalna z potrzebą punktu odniesienia oraz schronienia ojcowskiego i macierzyńskiego, które może być wyrażone bądź przy pomocy metafor męskich bądź kobiecych.
W tym świetle słowa syna marnotrawnego: "Zabiorę się i pójdę do mego ojca" wyrażają potrzebę początku, w którym można się rozpoznać; towarzysza, przez którego można czuć się kochanym i od którego można otrzymać przebaczenie; celu, do którego można dążyć. Radykalny strach wobec bycia skazanym na śmierć, jakby "rzuconym" w jej kierunku i nostalgia za Ojcem-Matką, do którego woła się o zbawienie, są dwoma aspektami tego samego procesu, który urzeczywistnia się w naszym sercu, także wtedy, gdy nabiera tonów dramatycznych, ale potwierdza się w małych nadziejach i tęsknotach każdego dnia. O ile wszyscy jesteśmy w mniejszym czy większym stopniu naznaczeni strachem, wszyscy jesteśmy pielgrzymami do Ojca, doświadczonymi nostalgią za domem macierzyńskim i ojcowskim, w którym można by odnaleźć się z pewnością, że jest się rozumianymi i przyjętymi.
Skoro tak to wszystko wygląda, to dlaczego tak wielu odrzuca, i to nawet radykalnie, postać ojcowską? Dlaczego Ojciec-Matka naszych początków jest równocześnie dla wielu przeciwnikiem, z którym należy walczyć, przeci-wieństwem, od którego trzeba się wyemancypować i uciec? Dlaczego młodszy syn z przypowieści chce "odejść daleko" od domu ojcowskiego i od ojca?
Racje syna marnotrawnego, by odejść z domu, są te same jak te, na podstawie których zostało przyjęte wyrażenie: "zabicie ojca". Opisuje ono impuls, jaki jest w nas, domagający się zdania sprawy i dania uzasadnienia przez tego, o kim myślimy, że w jakiś sposób jest ponad nami, ponad tym, co czeka na nas, by być w końcu panami siebie i naszego przeznaczenia, by zrobić z sobą "to, co się nam podoba". Ale w tym celu trzeba w jakiś sposób wyeliminować postać ojca, uczynić tak, jakby go nigdy nie było, w jakiś sposób pozbyć się go. Jeden z wielu głosów świadczy o takim odrzuceniu: "Wrażenie nicości, która często mnie ogarnia - pisze Franz Kafka w swoim Liście do ojca w listopadzie 1919 r. - w dużej części wynika z twojego wpływu… Mogłem zakosztować tego, co ty dawałeś nam tylko za cenę wstydu, trudu, słabości i poczucia winy. Mogłem być ci wdzięczny w taki sposób, jak jest wdzięczny żebrak, ale nie poprzez fakty. Pierwszym widzialnym rezultatem tego wychowania było to, że chciałem uciec od tego wszystkiego, co nawet w sposób odległy, przypominałoby mi o tobie".
Odrzucenie ojca ze strony wielu naszych współczesnych powinno nas uwrażliwić na zbyt łatwe użycie obrazu ojcowskiego (a w pewnej mierze także obrazu macierzyńskiego) w mówieniu o Bogu. Gdy mówimy o "powrocie do Ojca", nie chcemy przez to rozumieć czegoś w rodzaju regresu do infantylnej zależności, ani tym bardziej przywołać przez to głębokie konflikty, jakie naznaczyły niektóre osobowości. Ojciec-Matka, o którym tu mówimy, jest metaforą Innego, miłosiernego i ostatecznego, któremu można powierzyć się bez lęku, w pewności, że zostanie się przyjętym, oczysz-czonym i otrzyma się przebaczenie. To odbicie oblicza Ojca-Matki, zdolnego do kochania nas bez zastrzeżeń, zostało przeżyte przez wielu z nas w szczęśliwych doświadczeniach relacji ojcowskich i macierzyńskich. Również ten, kto choćby częściowo tego doświadczył, kto miał nawet doświadczenia negatywne, ma w sercu - może nawet silniejszą - nostalgię za całkowicie Innym, któremu można się powierzyć.
Ten Inny, który ofiaruje się wszystkim jako Ojciec-Matka w miłości, jako "Ty" pełne miłosierdzia i wierności, jest tym, który objawił się w Jezusie Chrystusie. Nie jest to czysta aspiracja, życzenie, próżne westchnie-nie wewnętrzne - jest to rzeczywistość, na której możemy oprzeć się jak na skale, która nie upada, jak na ramionach, które mocno trzymają, jak na sercu, które bije dla nas. (…)
Pozostaje oczywiście uprawnione (od czego wyszliśmy) prowadzenie na spotkanie z objawiającym Słowem Bożym naszych lęków, słabości i obaw, z bagażem ludzkiej nadziei i ludzkiego oczekiwania na Innego, którego zakłada to wszystko, co jest w nas. Objawienie Boga Ojca spotyka się z naszymi tęsknotami i naszymi oczekiwaniami, chociaż z nich nie wynika - jest przed nimi, posiada swoją nieodwracalną prawdę historyczną. Opatrznoś-ciowo wychodzi nam naprzeciw i nadaje sens temu powrotowi, temu nowemu odkrywaniu Ojca, będącemu drogą każdego mężczyzny i każdej kobiety na ziemi.

2. Niespokojne wędrówki epoki: sekularyzm i społeczeństwo bez ojców

Proces emancypacji jednostek od postaci ojca, na który zaledwie zwróciliśmy uwagę, dokonał się także na poziomie kolektywnym, w obiegowej mentalności, w ciągu ostatnich wieków naszej historii, i zapoczątkował obecny sekularyzm. Problem jest znany - Oświecenie w osiemnastym wieku chciało wprowadzić okres rozumu dojrzałego, panującego nad sobą i nad przeznaczeniem świata, w którym każdy może kierować sobą samym oraz decydować o życiu według swojego obrachunku i planu.
Ta ambicja epoki współczesnej - która zainspirowała wielkie rewolucje - ujawniała coraz bardziej swoją głęboką dwuznaczność. Z jednej strony dążenie dorosłego rozumu do wyjaśnienia wszystkiego wytworzyło wielkie ideologie o charakterze masowym, których konsekwencją było eliminowanie tego wszystkiego, co okazywało się różne (w wierze, w sytuacji społecznej, w rasie, w narodzie, co dało początek rządom policyjnym, obozom koncentracyjnym, czystkom etnicznym itd.). Z drugiej strony, jakby w rewanżu, w zaprogramowanej negacji zależności od Kogoś wyższego, nastąpiło przejście do poszukiwania idoli, to znaczy marnych "zastępców ojca", które przybrały postać charyzmatycznego przywódcy, przewodniej partii, idei rozwoju itd.
Jest to proces, którego dramatyczną konsekwencją stała się bezpośrednia negacja Boga jako Ojca i Pana; w ten sposób rozwinął się programowy ateizm, będący innym obliczem wysiłku zmierzającego do całkowitej emancypacji. W wyniku tego "śmierć Boga" wydała się warunkiem koniecznym dla życia i chwały człowieka. Chciano wyzwolić się od Boga jako despotycznego sędziego lub obojętnego przeciwieństwa.
Ukazała się wkrótce tragiczna cena tych dążeń współczesnego rozumu. Dwaj interpretatorzy naszej epoki zaczynają swoje studium takimi słowami: "Oświecenie, w szerokim znaczeniu myśli w ciągłym rozwoju, dążyło zawsze do tego, aby uwolnić ludzi od strachu i uczynić ich panami" (Max Horkheimer, Th.W. Adorno, Dialektyka Oświecenia). Ideologia rzuciła samą siebie w piece krematoriów i w ludobójstwa dwudziestego wieku. Społe-czeństwo bez ojców, wyprodukowane przez totalitarne ambicje rozumu, przekształciło się w tłum samotników. Tak zwany "kryzys ideologii" i wyłonienie się "słabej myśli" (pensiero debole), które charakteryzują koniec tysiąclecia, rodzą się z doświadczenia upadku dążeń dojrzałego rozumu.
Co to konkretnie oznacza? Oznacza to, że upadają silne horyzonty sensu, rozprzestrzenia się reakcja odrzucenia pewności ideologicznych, rozprzes-trzenia się poczucie wyobcowania i dezorientacji. Sytuacja "tonięcia z widzem" (H. Blumenberg) wydaje się charakteryzować epokę końca przeciwstawnych bloków ideologicznych. Obojętność, brak dążenia do prawdy, niezdolność do nadziei na rzeczy wielkie prowadzi wielu ludzi do zamknięcia się w ciasnym horyzoncie własnych interesów lub interesów grupowych. Rozbicie na części zajmuje miejsce pełnych systemów. Archipelag ulega naciskowi umasowienia dokonywanego przez ideologie. Wyłania się "słaba myśl", bojąca się jakiejkolwiek prawdy.
Co zostało z postaci ojca w tej postmodernistycznej sytuacji? Jeśli ideologia chciała wyzwolić ludzi z zależności od ojca, by uczynić ich dorosłymi i wyemancypowanymi, "słaba myśl", która po nich następuje, nie prowadzi do odzyskania Innego, któremu można by się powierzyć. Koniec "społeczeństwa bez ojców" nie jest równoznaczny z powrotem postaci ojca; co więcej, relatywizm, który rozprzestrzenia się jako konsekwencja porzucenia pewności ideologicznych, wydaje się czynić ludzi jeszcze bardziej zamkniętymi w sobie i bardziej samotnymi. Obojętność na wartości, ukrywana niekiedy pod karierowiczostwem życia spędzanego na tym, co krótkotrwałe, czyni krok jeszcze bardziej radykalny od "zabicia ojca" dokonanego przez rozum oświeceniowy: ojciec nie jest już postacią przeciwnika, którego trzeba zwalczyć czy despoty, od którego trzeba się uwolnić, ale jest postacią niegodną jakiegokolwiek zainteresowania. Ignorowanie ojca jest w gruncie rzeczy tragiczniejsze niż zwalczanie go, by uwolnić się od niego.
W ten sposób relatywizm i obojętność wpływają także na doświadczenie Boga jako Ojca: "słaba myśl" nie neguje Boga, nie czuje potrzeby czynienia tego, ale pozbawia wszelkiego znaczenia i wszelkiej atrakcyjności to, co transcendentne. Bóg, co najwyżej, staje się "ozdobą" (G. Vattimo), postacią, która łączy się ze słabością etyczną i kondycją ciągłego popadania w nonsens - jest to Bóg bezsilny, będący odbiciem ludzkiej dekadencji i rezygnacji. Współżyje się z Nim tak, jak z jednym z wielu fetyszy egzystencji, nie pozwalając Mu, by nas czymś naznaczył bądź by nas przemienił. Jest to sytuacja, którą przypowieść o miłosierdziu Bożym (por. Łk 15,11-32) wyraża poprzez postać starszego syna, tego, który został w domu i który po wielu latach życia razem z ojcem jest niezdolny do zrozumienia jego logiki miłości i przebaczenia. Więzień swojej samotności i niewolnik swoich interesów ("mnie nigdy nie dałeś koźlęcia" - Łk 15,29), starszy syn nie jest bliżej ojca niż syn, który odszedł z domu - bliskość fizyczna nie jest bliskością serca. Można mieszkać w domu ojca i ignorować go. Można powrócić do mówienia o Bogu, ale nie spotkać Go i nie doświadczyć Go w sposób głębszy i ożywiający.
W powyższych refleksjach starałem się scharakteryzować konsekwencje "odrzucenia" ojca. Co z tego wszystkiego dostrzegamy w ludziach, z którymi spotykamy się na co dzień? Nie spotykamy zapewne tego wszystkiego przeżywanego w sposób logiczny i zorganizowany. Zwyczajni ludzie żyją, nie zdając sobie z tego sprawy, w różnych środowiskach kulturowych. Część z nich dostrzega dogłębny sens ojcostwa z wysoka i ufnie recytuje, przynajmniej w pewnych chwilach, Ojcze nasz. Część z nich w podświado-mości podziela nieufność kultury współczesnej w stosunku do ojca i chciałaby wyemancypować się od Boga, którego pojmuje jako Ojca-władcę; zdaje sobie także sprawę z impulsów błądzenia epoki post-modernistycznej, które wyrażają się nie tyle na poziomie systemu logicz-nego, co raczej w sensie ogólnej obojętności, apatii, nieufności wobec najwyższej prawdy, uleganiu temu, co jest krótkotrwałe. Ten ostatni aspekt wyjaśnia oddalenie od Kościoła wielu osób w średnim wieku oraz wielką obojętność i zagubienie wśród młodzieży.
Chciałbym jednak, aby czytelnik uczynił krok naprzód, to znaczy, aby wszedł w siebie samego i zobaczył współrzędne, które określiliśmy jako część tego, co przeżywa, a nie tylko jako część historii i kultury ostatnich trzech wieków. Przypowieść o dwóch synach z piętnastego rozdziału Ewangelii św. Łukasza domaga się, aby wejść w jej bohaterów, mówiąc do siebie: "Ty jesteś tym człowiekiem!" (por. 2 Sm 12,7). Tylko doświadczając w sobie samych obecność naszych czasów, uświadamiając sobie je w tym, co dobre i co złe, będziemy patrzeć już nie tylko z zewnątrz na tych wszystkich, którzy trudzą się w wierze i w życiu chrześcijańskim, nie będziemy czuli ich tylko daleko od siebie, może nawet z poczuciem pogardy, ale dostrzeżemy w nich towarzyszy naszej wędrówki, część naszej historii, obraz naszego wnętrza oraz powiemy do siebie i do nich słowa prawdziwe, jakie Duch mówi nam w sercu. Duch Jezusa woła bowiem "Abba, Ojcze" także w nas, mężczyznach i kobietach obojętnej i rozpro-szonej epoki postmodernistycznej. Ten, kto umie rozpoznać głos Ducha, jest wezwany do pomagania innym w usłyszeniu tego samego głosu, ponieważ także dzisiaj rozbrzmiewa on w sercu każdego człowieka.

3. Życie jako pielgrzymka do Ojca

Jak ułatwić usłyszenie wołania Ducha? Jak na nowo odkryć oblicze Ojca jako oblicze prawdziwe i pociągające? Jak przywrócić naszej epoce smak ostatecznego, misteryjnego i miłującego punktu odniesienia, miłującego łona, w którym można poruszać się i działać, będącego w stanie nadać sens życiu?
Podwójna analiza, jaką zarysowałem - ta, która z obawy o pojedyncze życie kieruje się do Ojca-Matki w miłości oraz ta, która czyta wydarzenie sekularyzmu jako odrzucenie postaci ojca i popadnięcie w obojętność - pokazuje, że wybór jest nieunikniony. Gdzie człowiek zamyka się w sobie samym lub zamierza objąć cały wszechświat ciasnym horyzontem swoich planów, tam tryumfuje strach, nonsens, samotność. Gdzie osoba decyduje się na podjęcie poszukiwania i na otwarcie się na największy horyzont, tam postać Ojca wychodzi nam na spotkanie i nas przyzywa.
Jesteśmy więc zapraszani do patrzenia na życie i na historię jako na pielgrzymkę do Ojca - nie żyje się dla śmierci, ale dla życia, i to przybicie do brzegu jest ostateczne związane z Kimś, kto wychodzi nam na spotkanie i gwarantuje naszą przyszłość jako pakt przymierza z sobą. Gdzie następuje otwarcie na Innego, który nas nawiedza oraz wyprowadza nas z naszych lęków i naszych egoizmów, by żyć dla innych i z innymi, tam rodzą się pokojowe pakty, nowe spotkania, dialogi, które w przeciwnym przypadku uważa się za niemożliwe. Życie jest wędrówką do obiecanej ojczyzny, która wychodzi nam na spotkanie jako święte Misterium, któremu można się powierzyć i które może nas objąć i zbawić.
Postać Ojca-Matki w miłości jawi się tutaj w całej swojej nowości w stosunku do fałszywych obrazów, jakie tak wiele razy mogliśmy sobie uczynić; nie robi ona konkurencji człowiekowi, jego wolności, jego wyemancypowanemu projektowi. Ojciec despota, od którego trzeba by się wyzwolić, jest obrazem, jaki często bywał przenoszony na Boga. Słusznie należy go odrzucić, jednak nie w imię zamierzonej absolutnej emancypacji, która - jak miało miejsce w systemach ideologicznych - wprowadziłaby na nowo oknem to, co zostało wyrzucone drzwiami, napełniając życie i historię nowymi zależnościami, gorszymi od poprzednich. Trzeba powrócić do Ojca, który nas wyzwala i powołuje do wolności, do tej postaci, która prowokuje nas do bycia sobą, do odpowiedzialnego budowania naszej przyszłości i która buduje ją z nami. Chodzi, w gruncie rzeczy, o myślenie o Ojcu zgodnie z obrazem, jakiego dostarcza nam przypowieść o miłosierdziu. Jest to Ojciec, który szanuje wolność młodszego syna aż do cierpienia z miłości i oczekiwania; który ma nadzieję na powrót tego syna i cieszy się z tego oczekiwanego i utęsknionego powrotu, chociaż nigdy nie wymusza jego decyzji; który jest gotów do przebaczenia i do ofiarowania nowego życia bez oskarżania czy też ubolewania.
Na końcu tej części listu, w której chciałem podkreślić trud naszej epoki w mówieniu o Bogu jako o "ojcu", można by podjąć refleksję na temat ojcostwa i macierzyństwa ludzkiego, w szczególności na temat błędnych sposobów bycia ojcem i matką.
Jeśli bowiem poznanie Boga jako Ojca nie jest projekcją doświadczenia, do jakiego dochodzimy nie poprzez nazywanie kogoś na ziemi "ojcem" i "matką", ale raczej poprzez objawienie z wysoka (…), to jednak każde negatywne przeżycie na tym polu w łonie rodziny może zaciemnić ojcowski obraz Boga, napełniając go goryczą i błędnymi doświadczeniami, jakie naznaczają dzieciństwo i młodość wielu osób. To samo można by powie-dzieć o relacji, która w jakiś sposób odpowiada pojęciu "ojcostwa", na przykład ojcostwa pasterskiego w relacji duszpasterz-wierni bądź ojcostwa duchowego w towarzyszeniu wędrówkom wiary i rozeznania duchowego.
Byłoby więc możliwe, na podstawie tego, co zostało powiedziane, nakreślenie typologii niewłaściwego ojcostwa i macierzyństwa, jak również wyznaczenie, w oparciu o misterium ojcostwa Boga, przewodnich linii ich skorygowania. Chodzi zatem o przemyślenie relacji rodzinnych (i wszystkich relacji analogicznych) w świetle misteryjnej relacji ojcostwa i synostwa między Bogiem i człowiekiem. Wystarczy pomyśleć na przykład, na ile w społeczeństwie dzisiejszym "miłosierny ojciec" bywa mylony z ojcem łatwo ustępliwym, który nie umie uczyć dzieci znoszenia trudów życia; lub przeciwnie, jak powołanie się na autorytet ojcowski zostaje sprowadzone do formuły ojca-władcy.
Wystarczy tu jednak tylko zaakcentować to zagadnienie, które będziemy mogli podjąć następnie w ciągu roku. Ważne jest teraz, by powrócić do istoty przypowieści ewangelicznej o "miłosiernym ojcu", która uczy nas właściwej postawy powrotu do Ojca wszystkich.
"Zabiorę się i pójdę do mego ojca": to na takiej decyzji stania się pielgrzymami i wyjścia naprzeciw obejmującym ramionom Innego, przyjmującego, urzeczywistnia się wędrówka wyzwolenia naszego życia i przezwyciężenia kryzysu sekularyzmu.
Zabrać się i iść oznacza nie poddawać się nostalgii przeszłości, istniejącej tylko w naszej myśli ani urokowi teraźniejszości, w której zadowalamy się naszymi małymi pewnościami lub ubolewaniem nad naszymi upadkami.
Zabrać się i iść oznacza zaakceptować ciągłe poszukiwanie, słuchanie Innego, nastawienie się na spotkanie, które nas zdumiewa i zmienia w ludzi pragnących w końcu "być posłusznymi" w sposób dojrzały (por. Mt 21,28-31 - przypowieść o dwóch synach).
Zabrać się i iść oznacza zacząć na nowo żyć nadzieją i w nadziei. "Jesteśmy ubogimi żebrakami, taka jest prawda" - to zdanie przypisywane umierającemu Lutrowi nie tylko jest uczciwym wyznaniem doświadczanego ograniczenia, lecz także deklaracją programu życia, które szuka poza sobą, w Innym, w Ojcu-Matce, w miłości sensu życia i historii. Idźmy więc razem do Ojca, by słuchać Słowa, w którym On sam opowiedział nam o sobie.